Trzy tygodnie urlopu obfitowały w zagapienia i ciepło. Łódź żaglowa, agroturystyka nadmorska, festiwal tłumnie nafaszerowany gawiedzią i gwiazdami polskiej sceny muzycznej. Od początku. Zaczęło się od piekielnej ulewy, która opóźniła nasze zaokrętowanie i pierwszy dzień rejsu po jeziorze (wraz z nocą pierwszą) spędziliśmy uwiązani u kei. Uwiązani, ale z duszami jednak już marynarsko wolnymi - niby ptaki, oczyma rozbieganymi i pełnymi ognia – niby papugi, plus – wiadomo - pieśnią żeglarską rodząca się w gardłach, na szczęście bez hepiendu dla tego porodu. Nie jest dobrze, kiedy człowiekowi wszystko się udaje i to ewidentnie, jak raz był ten raz. Jeszcze jeden i jeszcze raz! Ohoho pszechyły i pszechyły!!! Ale rano, już grzecznie i bez zbędnej zwłoki, chyba coś około 15.00 wyszliśmy z portu. Wyszliśmy i natychmiast strach prawie nas z całych jezior zdjął, albowiem wiało po cholerze! Wiało mocno! My na samym foku, w baksztagu tudzież fordewindzie, a i tak kontrafał płetwy sterowej wyszarpało, bo bosman przewidział w tym miejscu zaledwie knagę zaciskową, pieska małego. Więc wiatr dmie, a my bach! bez sterowności, popłoch, popłoch i szarpanina. Sternik, człowiek doświadczony, ale jednak zaskoczony, ale jednak się opanował się i sytuację i jakoś to poszło. No, ale sam start wyprawy w lekkim stresie. Potem zaś to już tylko zielono, słonecznie i ciepło. Z wiatrem i owszem, ale takim w sam raz, a gdy zabrakło, to na silniku. Noclegi w większości chyba „na dziko”, a jeśli przy pomoście, to bez tłumów i tojtoje w rozkwicie, higieniczne, prawie pachnące, jak kwiatki na łące, że grzech było kalać... Kąpiele w jeziorze i obserwacja dzikiej - lecz już zwyczajnej człowieka - przyrody. Taki na przykład orzeł bielik. Rybę z wody podjął bez krępacji najmniejszej w odległości może dwudziestu metrów od łodzi płynącej albo bóbr jeden z drugim. Zwłaszcza ten drugi. Łeb z wody przy trzcinie wysadził, popatrzył, zanurkował, po czym, jakieś dwa metry od burty, znowu się pokazał. Czekałem czy okularów nie założy, żeby wyraźniej nas sobie obejrzeć, ale nie, chwilę się pogapił, my kurtuazyjnie na niego też, policzył nas, coś tam zanotował w kajecie i znowu zniknął pod wodą. Tyle orzeł i bóbr, bo o komarach lgnących i miłośnie przyssanych do ludzkości nawet nie wspominam, czy o kleszczach. Spokojnie było i wypoczynkowo, choć pływaliśmy po akwenie tym co zawsze, to odwiedziliśmy miejsca, w których jeszcze nie byliśmy. A zachody słońca, no standard-landszaft…
czwartek, 22 sierpnia 2024
Wakacje minus jeden
Trzy tygodnie urlopu obfitowały w zagapienia i ciepło. Łódź żaglowa, agroturystyka nadmorska, festiwal tłumnie nafaszerowany gawiedzią i gwiazdami polskiej sceny muzycznej. Od początku. Zaczęło się od piekielnej ulewy, która opóźniła nasze zaokrętowanie i pierwszy dzień rejsu po jeziorze (wraz z nocą pierwszą) spędziliśmy uwiązani u kei. Uwiązani, ale z duszami jednak już marynarsko wolnymi - niby ptaki, oczyma rozbieganymi i pełnymi ognia – niby papugi, plus – wiadomo - pieśnią żeglarską rodząca się w gardłach, na szczęście bez hepiendu dla tego porodu. Nie jest dobrze, kiedy człowiekowi wszystko się udaje i to ewidentnie, jak raz był ten raz. Jeszcze jeden i jeszcze raz! Ohoho pszechyły i pszechyły!!! Ale rano, już grzecznie i bez zbędnej zwłoki, chyba coś około 15.00 wyszliśmy z portu. Wyszliśmy i natychmiast strach prawie nas z całych jezior zdjął, albowiem wiało po cholerze! Wiało mocno! My na samym foku, w baksztagu tudzież fordewindzie, a i tak kontrafał płetwy sterowej wyszarpało, bo bosman przewidział w tym miejscu zaledwie knagę zaciskową, pieska małego. Więc wiatr dmie, a my bach! bez sterowności, popłoch, popłoch i szarpanina. Sternik, człowiek doświadczony, ale jednak zaskoczony, ale jednak się opanował się i sytuację i jakoś to poszło. No, ale sam start wyprawy w lekkim stresie. Potem zaś to już tylko zielono, słonecznie i ciepło. Z wiatrem i owszem, ale takim w sam raz, a gdy zabrakło, to na silniku. Noclegi w większości chyba „na dziko”, a jeśli przy pomoście, to bez tłumów i tojtoje w rozkwicie, higieniczne, prawie pachnące, jak kwiatki na łące, że grzech było kalać... Kąpiele w jeziorze i obserwacja dzikiej - lecz już zwyczajnej człowieka - przyrody. Taki na przykład orzeł bielik. Rybę z wody podjął bez krępacji najmniejszej w odległości może dwudziestu metrów od łodzi płynącej albo bóbr jeden z drugim. Zwłaszcza ten drugi. Łeb z wody przy trzcinie wysadził, popatrzył, zanurkował, po czym, jakieś dwa metry od burty, znowu się pokazał. Czekałem czy okularów nie założy, żeby wyraźniej nas sobie obejrzeć, ale nie, chwilę się pogapił, my kurtuazyjnie na niego też, policzył nas, coś tam zanotował w kajecie i znowu zniknął pod wodą. Tyle orzeł i bóbr, bo o komarach lgnących i miłośnie przyssanych do ludzkości nawet nie wspominam, czy o kleszczach. Spokojnie było i wypoczynkowo, choć pływaliśmy po akwenie tym co zawsze, to odwiedziliśmy miejsca, w których jeszcze nie byliśmy. A zachody słońca, no standard-landszaft…
czwartek, 11 lipca 2024
Mizeria na lato
Niektórzy – nie wiadomo, którzy niektórzy – mówią, że można przeżyć na samej botwince i jajkach od półdzikich, leśnych kur. Że to zdrowe. Ale są też tacy – nie wiadomo jacy – którzy uważają, że bez mięsa nie ma szans na prawidłową dietę. Oba obozy mają swoje racje, badania, wyniki i świętych na ołtarzach. I dla prawidłowego przeprowadzenia dowodu będą tarzać się na ołtarzach.
Umarł Tadeusz Woźniak. Tadeusz Woźniak i Jolanta Majchrzak, „Dom zamieszkały”, to najmocniejsza dla mnie piosenka, którą wykonywał Pan Tadeusz. Nie byłem jakimś fanem i odbiorcą twórczości, ale ten kawałek mocno mnie poruszył.piątek, 5 lipca 2024
Życie na skróty
Słucham Radia Nowy Świat i rozmowa jest o „personal szopers” w kontekście, jakiejś tam celebrytki kupującej wymarzone klapki na sto pierdyliardów peelnenów i właściwie myślę sobie, że to mega łatwe drzeć łacha z takiego tematu. Klasyka: niby to żenujące i słabe, ale ktoś te informacje chłonie i czeka na nie, nawet w formie ironicznej. Jak po śmierci Diany – oburzenie na paparazzi, tylko że przez lata brukowce ktoś kupował i te plotki i te fotki były potrzebne. Albo ten wywiad u Wojewódzkiego, z jakąś pieśniarką chyba, bo potem znalazłem ją w sieci internetowej, jak wydaje dźwięki. I ma miliony wyświetleń, choć – czy może właśnie dlatego, że jest sexy cipką spod Konina i ma dupę tak dużą, że szkoda nie wypinać! Aha! Albo ten chłop, śpiewający ze sceny w Sopocie: „rozchylam nogi twoje i biorę to co moje” – perła w koronie polskiej muzyki rozrywkowej (190 milionów wyświetleń na YouTubie). Byli, są, będą twórcy, artyści masowi, tworzący dla odbiorcy, któremu na imię sześć zer, bo za sześć zer kochają i cierpią katusze. Publicznie. I teraz tylko pytanie/pytania: ubolewać? Szydzić? Gardzić? Akceptować? Przemilczać? Co robić z kwestiami, które nam nie pasują? Obserwować? E tam.
Młody jedzie dzisiaj na koncert Metallicy. Po zeszłorocznym Depeche Mode teraz to… Gdzie popełniliśmy błąd? A Asia w przyszłym tygodniu idzie na koncert Mikromusic. A ja? Ja nigdzie nie idę i nie jadę… Gdzie popełniłem błąd? Prawie nie bywam, jeśli bywam, to incydentalnie, jestem takim prawie nie bywalcem, po prostu nie bywając jestem niebywały… Pewnie też nieobyty…A za oknem lato. Miniona niedziela usmażyła kraj nasz w piekarniku: wstawić na około 14 godzin i 35 stopni, bez termoobiegu, wystarczy grzałka z góry. No nie było czym oddychać. Dzisiaj ćwierćfinały na Euro. Już bez udziału Polaków. Szok! No chyba, że Szymon Marciniak, ale tego nie wiem. PiS w Małopolsce w końcu wybrało marszałka województwa (w piątym podejściu). Gratki! Swoją drogą współczuję pracownikom urzędu marszałkowskiego. Przyjaciel poprzedniego rządu, W. Orban leci z wizytą do W. Putina. Nie pierwszy, nie ostatni raz. I na koniec: nastał czas, kiedy nazwiska dwuczłonowe można już zapisywać skrótami. Kto by tam dyskutował z takim podmiotem. Master of Ceremony Skłodowska zaprasza na imprezę!
czwartek, 4 lipca 2024
Spakowani i prawie spakowani przed podróżą
Polska - jak strup po wrzodziejącej ranie – odpadła z Mistrzostw Europy w piłce nożnej. Zawadziłem gdzieś w sieci o dyskusję i temat: czy po takim występie piłkarze naszej reprezentacji „mają prawo” nie dość, że wyjechać na urlopy, to jeszcze pokazywać w sieci zdjęcia ze swoich wojaży, wysp gorących, plaż egzotycznych, kwater w hotelach siedmiuset gwiazdkowych? No mają, czy nie? Napierdalanka. Wiadomo, że powinni ich wszystkich skoszarować i wysłać do ośrodka z domkami nawet nie typu Brda, tylko z dykty, z kiblami na zewnątrz, stojącymi na jakiejś polanie w pasie nadmorskim Morza Bałtyk. I żeby dwa tygodnie padał deszcz i nie było telewizji, a katering, to była wspólna stołówka. O! I żeby w tym samym czasie w ośrodku tym – z nazwy tylko „wypoczynkowym” – zorganizowane były kolonie dla dzieci w wieku lat 7 – 12. Także, tak to powinno chyba wyglądać, ale rzeczywistość – jak zawsze – rozczarowuje. Jakby tam nie wypoczywali, to ci co grają dalej, poukładali się w spotkania ciekawe, zaskakujące i tzw. „przedwczesne finały”. Ja osobiście najbardziej jestem za reprezentacją Hiszpanii, za tym jak ona gra i wygrywa, że nawet jak z Gruzją jest na minus jeden, to wiadomo, że to tylko przejściowe i dadzą radę strzelić, a nie jak jakaś Portugalia, czy Anglia, mniej lub bardziej fuksem, w ostatniej minucie, prawie cudem, prawie ledwo, dzięki umiejętnościom jednego tylko zawodnika i błyskowi jego geniuszu. Nie. Hiszpanie kulają do siebie piłkę po ziemi i górą przez powietrze podają, z jakąś gracją i pewnością, że tak ma być. Jest w tym po prostu przeznaczenie i wola Boża. Jak przepierdolą, to też w tym będzie jakiś zamysł Pana i fatum, bo to tylko futbol jest, ale na ten moment wyglądają najlepiej.
Polskie reprezentacje w piłce siatkowej tegoroczne rozgrywki VNL zakończyły na trzecim stopniu podium. W przypadku panów można mówić o jakimś tam niedosycie, a przypadku pań nie. I tak wszyscy powtarzają, że w tym sezonie najważniejsze są oczywiście Igrzyska Olimpijskie w Paryżu. Faza grupowa olimpijskich turniejów zaplanowana jest w okresie, kiedy ja mam zaplanowany wyjazd wakacyjny i będę – mam nadzieję – przebywał na całych jeziorach.Nieuchronnie wchodzę w czas „rok temu”. Będzie się sporo kojarzyć, sporo przypominać, sporo kontrastować. Pierwszy rok przeżyty ze stratą nie do wyrównania. Tego „minus jeden” nie sposób wyciągnąć na remis. Jeszcze w zeszłym roku to… To to. To tamto. Ostatnie zdjęcie mamy w jej naturalnym środowisku, tj. na działce. Zbiera ogórki. Chyba nie zdołała ich już popakować w słoiki, a może? Zdjęcie jest z 15 lipca… Chyba dała radę. Już z trudem, bo nie była w dobrej formie, ale pewnie dała radę, jak zawsze… Tak, z wekowaniem dawała sobie radę… Tam sporo spraw było już ledwo, ledwo zipiących albo i gorzej, ale przetwory szły do końca. Był to też przecież czas wielkiej batalii o zdrowie mamy, wizyty u specjalistów i podjęte leczenie, było sporo nadziei. Rok temu, o tej porze, jeszcze żyła. Nie miała się dobrze, ale papierosem zaciągała się normalnie. Krwią nie pluła. Miała ją po prostu i fachowo upuszczaną w szpitalu, bo tak się przy tym schorzeniu robi. Dało się z nią pogadać i na nią wkurzyć. Kładła się spać, po to żeby wstawać rano i wstawała. Rok temu, o tej porze, plan wyglądał zupełnie inaczej… Był plan. Rok temu, o tej porze, lekarze dawali nadzieję, a my pakowaliśmy się przed podróżą.
piątek, 21 czerwca 2024
Szkiełko i oko... i jelito - czyli o sztuce i życiu
Pierwsze i ostatnie dwadzieścia lat życia. No pewnie, że są znaczące różnice. Najważniejsza, że w pierwszym przypadku wiadomo, kiedy to się zaczyna, a w drugim można to stwierdzić wyłącznie post mortem*. Chyba, że ktoś jest konsekwentnym planistą i wtedy, to się da policzyć i zaznaczyć w kalendarzu odpowiednim znaczkiem, postawić na sobie krzyżyk. Można też rozesłać zaproszenia. Dwadzieścia lat. Te pierwsze schodzą na wzrastanie, uczenie się, poznawanie, nabywanie, a ostatnie? Oswajanie się. Dociera do mnie, że to się stanie**, że się umrze, że nic ze mnie nie będzie, że będzie ze mnie nic. Zaewidencjonowany koniec. Patrzę po przodkach i liczę ich wyniki. Dodaję, dzielę, uśredniam. Pamiętam, że od dawna prześladuje mnie - czy też po prostu towarzyszy mi - myśl dotycząca ostatniego widoku, czyli: na co będę patrzył w momencie śmierci? Sufit? Podsufitka dachu karetki? Powłoczka poduszki – tej zielonej, w kwiatki - przyciskanej do twarzy? Błoto kałuży? Po prostu niebo? Nocą? W słońcu? Z wypiętrzonym cumulonimbusem? A może czyjaś twarz? Jest kilka opcji.
* Chyba jednak podstawową różnicą jest to, że druga dwudziestka kończy się zgonem… Tak, to może być ważniejsza różnica, z tych megajakościowych…** Oswajanie, że się stanie… Że się już nie będzie w stanie. Co? Nic. Nawet-zwłaszcza oddychanie. A dodychanie?
środa, 5 czerwca 2024
Śmierć na miękko i na twardo - raz!
Komediant Bartosz Zalewski i jego „Obietnica zmierzchu”. Od kilku lat oglądałem Pana Bartosza w internetach i zawsze mi się podobało, więc kiedy zobaczyłem, że będzie występ w Kwidzynie (za jedyne 50 peelenów plus opłata serwisowa i daj coś na zwierzęta), to się zdecydowałem.Zdecydowałem się, żonę i syna, że pójdziemy. Bilety mieliśmy niekolekcjonerskie, ale okazało się, że zupełnie niepotrzebnie, bo nikt niczego nie sprawdzał przy wejściu. Sala pod ziemią, znaczy w piwnicy, plakatów brak, więc i tak przyszedł tylko ten, kto wiedział, że tu i o tej godzinie artysta podestu będzie bawił ludzi do łez. Miejsca do siedzenia były już tylko z przodu, bo ludzie chyba trochę boją się na tego typu wydarzeniach siadać blisko źródła, żeby nie zostać obryzganymi strumieniem wesołości. My nie mieliśmy wyjścia. Siedliśmy sobie i światu, kupiliśmy picie – tylko sobie - i czekaliśmy. W rzędzie z tyłu – pechowo – lokalni dowcipnisie. Żartów już nie pamiętam, ale dobry nastrój i samozadowolenie już tak. Nie podzielam, a jednak trochę zazdroszczę ludziom tej wiary w siebie i samozachwytu, sami siebie za chwy tają. Na szczęście Pan Bartosz spóźnił się tylko 11 minut, a i tak świadczy to tylko o jego ponadprzeciętnej solidności, bo w kajeciku występ zapisany miał na godzinę 19.00, czyli przybył 49 minut przed czasem! Przybył zatem i wybawił nas od żartu skisłego i pękających ze śmiechu brzuszków. Występ się zaczął od suportu suportu, czyli że Bartosz Pan przedwystąpił przed Panem (imienia i nazwiska nie pamiętam), który miał wystąpić przez Panem Bartoszem, co też ostatecznie miało miejsce. Dowcipasy z drugiego rzędu źle przyjęły Pana suportującego, nieładnie jemu dogadywały i ogólnie brzydale to były. Fakt, nie był to występ porywający, ale też bez przesady, bo się skończył i na scenę wszedł gwóźdź programu. Wiadomo, nie będę opisywał, nie jestem obiektywny, bo jestem pomponiarą Pana Bartosza. Po prostu odpowiada mi ten rodzaj dowcipu, myślosplotu, absurdu, abstrakcji i ogólnego podejścia wliczając w to także podejście szczególne. Zgadza mi się również w tych występach – co nie jest bez znaczenia - ilość kurew na metr kwadratowy. Było miło, ale się skończyło. Ha, ha, ha. A na koniec miżona kupiła płytę CD, z rapowanymi utworami Pana Bartosza. Kupując zapytała go tylko, czy to da się tego słuchać i odpowiedź twierdząca, nie była z tych przesadnie twierdzących. No, ale pieniądz powędrował do twórcy, a ja płytę z autografem kolekcjonerskim mam. Mam i słucham. „Papież wiedział i nie powiedział”.
wtorek, 23 kwietnia 2024
Serduszko danio na zawsze!
Danio regeneruje tkankę serca… Kurna! Miałem danio i zawsze lubiłem. Danio ryba, a nie jogurt! To jest wiadomość! Z rzeczy równie ważnych to kongres USA podjął decyzję w sprawie przyjęcia pakietu pomocy dla Ukrainy.
No i po wyborach samorządowych. W Toruniu, w wyborach na Prezydenta Miasta, Pan Michał Zaleski przegrał z Panem Pawłem Gulewskim. „Ski” przegrał z „Wskim” i to nie o włos, ale grubo, o warkocz Marusi, czy nawet Violetty. Paweł zamiast Michała, […]. Swoją drogą ciekawe, jak się Pan Michał odnajdzie w ławach opozycji po 22 latach na stanowisku prezydenckim, z trzema tylko kompanamiwłasnej opcji? Od rządzenia do głębokiej i marginalnej opozycji. To może być - tak zwyczajnie, po ludzku - mocno bolesne. Jakieś odruchy i postawa po niemal ćwierćwieczu mogły się w człowieku zagnieździć, a tu ni hu hu, nikt drzwi nie otworzy, nie ukłoni się, że o wykonaniu polecenia nawet nie wspomnę. A mogą znaleźć się i tacy, co będą brać odwet, w jakiejś tam formie… Wszak ustępujący Pan Prezydent nie słynął z łagodnego traktowania otoczenia. Jadąc kilka dni temu przez Gród Kopernika (nie mylić z Fromborkiem, który nosi miano grobu Kopernika) rzucił mi się w oczy baner – wtedy jeszcze wyborczy – Pana Zaleskiego, z odręcznym dopiskiem w brzmieniu nieprzychylnym, które brzmiało: „kurwa Rydzyka”. No bo tańce były, a ten balet, to - jak się wydaje - zaledwie niewielka część wspólnych występów. Okazało się, że to jednak rydzykowna gra.
Wracając na chwilę do kampanii wyborczej - dwa zdjęcia.
dawno, dawno temu, po premierze utworu „Całkiem nowa bajka” i oczywiście nowego filmu o Kleksie. Ta… Jakoś nam się poskładało, że będzie to raczej koncert, na którym wystąpią śpiewacy powyższego utworu, no ale sprawy nie były jasno postawione… Byliśmy w błędzie. Spektakl był zdecydowanie skierowany do dzieci, a największą jego atrakcją były bańki mydlane. Niestety, nawet jak na spektakl dla dzieci, było to zdecydowanie zbyt mało. Kupiliśmy kota w worku, który z worka uciekł i została sama kocia kupa. I brudny worek… Ale na Kontakcie będzie inaczej. Nadmienię tylko, że szkoda mi czasu i pieniędzy wydanych na to wydarzenie. Wiem… Sorry Asiu… Musiałem, to napisać. Za te cztery stówy mogliśmy nakupić sporo wódki. Przy okazji całego tego nieszczęścia dobre było tylko to, że znaleźliśmy w Gdańsku fajną knajpę chińską, która kiedyś była chińska, potem japońska, a teraz znowu jest chińska.