piątek, 21 lipca 2017

Autoprezentacja czyli demonstrowanie uśmiechu (także przez łzy)



Poszedłem wczoraj zademonstrować się ludziom. Nie wiem czy mnie zauważyli, bo przyszło więcej zdecydowanie ciekawszych osób, no ale jakby co, to ja byłem. Nie jestem przesadnie pogodny, ale jednak się starałem, tu od razu uwaga zasadnicza: wiecowanie nie jest moją mocną stroną, nie bardzo wczuwam się w emocje grup przekraczających liczebnie trzy sztuki (wliczając w to mnie). Kiedy pada jakieś hasło do skandowania, momentalnie w mojej głowie skandowana jest jego modyfikacja, np. „wolność – równość – demokracja!” przeradza się w: „papierosy (których nigdy nie paliłem i których nigdy nadal nie palę!) – kabanosy – konserwa turystyczna!”. Prawda, że zupełnie bez sensu, bez rymu, bez rytmu, bez zgodności z nastrojem grupy i całkowicie nie licujące z powagą sytuacji? Hasła w mojej głowie bardziej są wyśpiewywane niż skandowane - bo jak tu skandować takie głupoty? - ale stanowczo odmawiam ujawniania ich (nawet w formie murmurando) towarzyszom spotkania. Przynajmniej w jego trakcie. I żeby nie było, dzieje się to zawsze, kiedy jestem na uroczystości podczas której zbiorowo wykonuje się jakieś utwory. Podczas mszy komunijnej mego syna resztką sił hamowałem mocno autorskie wykonania pieśni i modlitw, a podczas większości koncertów na jakich byłem, ja mimo wszystko i ofrołdowo wykonywałem utwory zespołu Bajm, by tylko w chwilach własnego schyłku płynnie przejść do psalmów z Nieszporów Ludźmierskich, co i tak odbiegało od repertuaru serwowanego ze sceny. Tyle uwagi zasadniczej, jeżeli chodzi o mnie, ale pozostającej zupełnie bez znaczenia, jeżeli chodzi o meritum. (Jak wynika z tego jasno, nie ja jestem meritum – boli…).

Poszedłem wczoraj zademonstrować się ludziom, bo nie podoba mi się to „co” i to „jak” się dzieje. Jak zdecydowana większość ludzi, w tym, jak (znowu „jak”) się domyślam posłów, nie czytałem projektów ustaw, ale słuchałem rozmów m.in. z politykami PiS. W kilkunastu z nich padały bardzo konkretne pytania, z prośbą o wyjaśnienie kwestii dotyczącej tego, co w zmienionych ustawach „poprawi funkcjonowanie sądów”? I wiecie co? Ani razu nie padła ani jedna odpowiedź… Były słowa o wadliwym funkcjonowaniu, padały mniej lub bardzie obraźliwe określenia dotyczące wymiaru sprawiedliwości i sędziów, przykłady zachowań nieetycznych itp., ale żaden z pytanych posłów nie podał konkretnego zapisu  którejkolwiek z ustaw, który powodowałby, że wymiar sprawiedliwości będzie sprawniejszy, bardziej uczciwy, lepszy. Uwierzcie mi, chciałem tej wiedzy. Zamiast tego dowiedziałem się, że Pierwsza Prezes SN, pomimo zapisów Konstytucji, ma zostać odwołana przed końcem kadencji, a kiedy podczas wywiadu z rzecznikiem Prezydenta RP, padło do niego pytanie o to, czy można byłoby w ten sposób skrócić też jego (Prezydenta) kadencję, to Pan Krzysztof Łapiński odpowiedział: Nie. Chociażby dlatego, że taką ustawę prezydent by zawetował. Dlaczego w jednym przypadku weto powinno mieć miejsce, a w drugim nie? Tego też się nie dowiedziałem…

Tego, czego nie wiem, jest o wiele więcej, ale mając oczy widzę, w jakim stylu robione jest to, co PiS ogłasza jako „reformę”. I tu nie zgodzę się ze zdaniem, że „to nie jest jazda figurowa i tu nie ma not za styl”, bo od razu przychodzi mi na myśl wiersz współczesnego nam Księcia Poetów – „Potęga smaku”. A mówiąc i odwołując się zdecydowanie mniej górnolotnie (choć przecież było to może i górnolotne, ale jednak konkretne - na podobieństwo jaskółki*), to nie wolno robić wielkiej reformy, tak istotnego fragmentu dotyczącego funkcjonowania Państwa, w takim pospiechu, harmidrze, nieładzie, bez rozmowy, bez rzeczywistego wysłuchania różnych głosów i opinii, za to ze zdecydowanie przebijającą intencją przejęcia kontroli. Tak się po prostu robić nie powinno, jest to zwyczajnie nieprzyzwoite. Każdy, kto – dysponując taką większością w parlamencie - miałby czyste intencje i chciał poprawić funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości, mógłby pozwolić sobie i innym na debatę i dał czas do namysłu. Na końcu i tak decyzja wraz odpowiedzialnością byłaby po jego stronie. Dlaczego więc tak się nie dzieje? Znowu nie wiem… A domysły są niepokojące. Bardzo niepokojące…

Codzienność zaś jest taka, że umarł samobójczo Chester Bennington, wokalista Limpimpark (pisownia wymowni oryginalna) i gdyby mu zagrali, to gówno, nic z tego nie będzie. I znowu gdzieś tam w tle (a może nie w tle) majaczy depresja. Z dokonań zespołu, to mam dwie płyty i obie mi się podobają.

Małżonka ma Mej Joanna udała się w podróż tysiąclecia na stadion, w celu wysłuchania koncertu kultowego zespołu zza granicy, tj. Depeche Mode. Pewnie będzie śpiewała z grupą fanów i niech się dobrze bawi.

Syn stacjonuje u babci. Nadciągnął miesień, najprawdopodobniej alergicznie zapuchł oko, nadużywa telefonu, biega po okolicy do nocy i nocą trochę też, cofa się w niedorozwoju społecznym (żart), czyli idzie do przodu, jak burza (nie żart) – wakacje. No i dobrze.

Ja. Jeszcze jakiś czas się nie wybieram za bardzo nigdzie, wszak jeszcze nie czas na podróż do pat-agonii.

Przypis:
*No… Nie jest lekko… Ze sobą… Z talentem… Z takim przejmującym przeczuciem, że na pewno o coś mi chodzi, ale o co?..

wtorek, 27 czerwca 2017

Post tytularny - czyli sam post, bez tytułu



Dawno mnie nie było, choć z relacji świadków wiem, że tu i ówdzie bywałem widzialny. Są zdjęcia, a wiadomo, że to podstawa ustalania tożsamości i szlaku wędrówki. Tymczasem w świecie zaszły zmiany.

Koniec roku szkolonego! Syn dotarł do końca klasy trzeciej. Otrzymał promocję i ma na to świadectwo. Kiedy zaważyłem, że zazdroszczę mu wakacji, odparł - z wrodzoną sobie prostotą i złośliwością - że ja już swoje wykorzystałem… Cóż… Racja jest po jego stronie.

Dobra zmiana nadal zmienia. Rodzi się pytanie: a co kiedy już wszystko zostanie zmienione na dobre? Czy wtedy zostanie obrany kurs na „dobre utrzymanie”? E tam, skoro już będzie dobrze, to przecież będzie mogło być jeszcze lepiej, bo nigdy nie jest tak dobrze, żeby nie mogło być lepiej!

W depresji denerwujące jest to, że nie ma sensu. Oczywiście, jest deprecha reaktywna - ludzie, koty, chomiki mrą i smucą – ale jest też z dnia na dzień, na łeb na szyje, ex nihilo, z żadnego tam deszczu, pod owszem sporych rozmiarów wprost rynnę przejście gwałtowne. Nawet jeżeli pojawiają się jakieś tam jaskółki, znaki zapowiadające, to bywa, że się ich nie dostrzega, że nie chce się ich dostrzegać… Myślę sobie, że niebywale często tak bywa. Wiadomo: nadzieja i alkohol potrafią zdziałać cuda! Maskowanie bojowe w warunkach miejskich i survival codzienny, to są dyscypliny mocno przećwiczone i przepracowane. A słowo klucz, to – na ten moment – anhedonia. Prawda, że ładne? Niebieska żyrafa.

Tak… Cofam się do tyłu…

Czytam „Jądro ciemności” Josepha Conrada. Zawsze byłem fanem tego autora i nadal jestem. Ma takie zdania, że po prostu klękajcie narody! Ma takie zdania, akapity, książki całe! Ma takie wszystko, no po prostu autor wybitny i do tego Polak! Przynajmniej w jakiejś części na pewno tak.

Mechanik ponaprawiał nam samochód i nie wystawia rachunku… Sam nie wiem: czy nie powinienem się tego bać? Tego, że nie wystawia, bo jak w końcu wystawi…

Nadchodzi urlop. Wielkimi krokami nadciąga wypoczynek! Będę zatem wypoczywał. Och! Jak ja sobie wypocznę! Ech!!! Gdziekolwiek będę, cokolwiek się stanie - wypocznę! Ślubujemy!!!

Wczoraj byliśmy z Wiktorem u stomatologa. Tak. To bardzo ważna informacja. Zęba trzeba było wyrwać. Cążkami i profesjonalnie, bo siłami natury nie dało rady. Rwa… I jeszcze Wróżka Zębuszka wystawiła paragon… Jakby Doktor Zębuszek pracował za friko…

Przedprzedwczoraj byłem na basenie i uparłem się, że przepłynę 80 długości. Tak… Wzdłuż. Jestem uparty. Podobno masa ludzi sika do basenu. Ja nie sikam. Przynajmniej nie ze słupka startowego. OK. Wcale nie sikam do basenu.

A w zeszłym tygodniu rodzinnie byliśmy na zakończeniu sezonu treningowego karate i też ćwiczyliśmy. Poczułem ścięgna. Jak za młodych lat… Tak, byłem kiedyś młodszy…

3.33 nad ranem, może sens przyjdzie? ;-)

czwartek, 25 maja 2017

Dirty Spade



By być bliżej Boga, dobrze jest mieć telefon komórkowy. Naukowcy już dawno udowodnili, że 87 % Bogów jest w stanie przechwytywać sygnał telefonii komórkowej i nawet dane zapodawane w formie transmisji danych (że niby filmiki, zdjęcia itp. wydarzenia medialne) spoko do nich docierają. Przy czym ważne jest, że Bogowie mają dostęp do połączeń telefonicznych zarówno pomiędzy rozmówcami własnych religii, jak i całej reszty, włączając w to gadki o dupie Maryni snute przez ateistów i nawet skończonych szatanistów, dowolnie definiowany w zależności od religii właśnie. Porozumienie w tej sprawie zostało podpisane w trzecim wieku p.n.e., co oczywiście nie przeszkodziło Jezusowi podpisać go osobiście. Ok., wracając do meritum, to patrząc z tej perspektywy wydarzenie z ostatniej niedzieli bardzo przybliżyło syna mego Wiktora do sfery sacrum. Przyjęciny składające się z części stricte religijnej (two hołurs in czercz i okolice) i części stricte restauracyjnej, odbyły się i przeszły w akceptowalnej atmosferze i przy pogodzie sprzyjającej. Nie chce mi się opisywać tego dzikiego mrowia przygód i wydarzeń, jakich byliśmy świadkami. Najważniejszy jest mobajl-smart-fon. Komunikacja i Komunia, prawda że to ma sens? Zacieśnianie więzi z kolegami ze szkoły ruszyło… Ten tydzień, tzw. „biały tydzień”, zapalił zielone światło, dla dość rozpasanego korzystania z dobrodziejstw i cudu współczesnej techniki, ale nieuniknionym będzie wprowadzenie pewnych ograniczeń w użytkowaniu sprzętu. Jednym z nich będzie z pewnością absolutny zakaz nadawania bezpośrednich (lajf) relacji z mieszkania, w którym toczy się tzw. normalne życie. Na przykład wczoraj… Wracam sobie z wycieńczającego i upodlającego mnie w każdym wymiarze biegania - włos w nieładzie, twarz w nieładzie, cera niereklamiana zupełnie, bo ziemista (są takie! gleby laterytowe, żyzne, urodzajne, ale o barwie ceglastoczerwonej), samopoczucie i całokształt, jak po zderzeniu z TIRem (biegam, bo lubię zderzać się z TIRami), ogólnie rzecz ujmując: temat na rozprawkę maturalną na temat braku kondycji człowieka we współczesnym świecie - a tu syn mój właśnie nadaje koledze relację… Kadruje nieporadnie, nieumiejętnie jeszcze, obejmuje okiem kamery, przemieszcza się po całym mieszkaniu i grozi uchwyceniem, „daje szansę” na zaistnienie w roli mistrza drugiego planu, czego ja – postać pierwszoplanowa – stanowczo chcę uniknąć. Zatem, to będzie jeden z pierwszych zakazów. A potem przyjdą kolejne. Nieuchronnie. Fala pokomunijnych zakazów i wzmocnionych, rozszerzonych dekalogów idzie z gniewu ludu. Dopisze się paragrafy, punkty, doda literki do cyferek, dołoży przypisów i ogarnie to grzęzawisko i bagno możliwości! Synu drżyj i nie drzyj japy!!!

By być bliżej Boga, dobrze jest umrzeć i dać się zakopać. Wczoraj zakopali Agnieszkę. Oby sprawdziło się jej to, w co wierzyła, oby było tak, że „każdemu będzie dane to, w co wierzy” - jak powiedział Szatan do odciętej głowy wciąż żywego przewodniczącego Massolitu.

By być bliżej Boga, zostań „brudnym szpadlem”… Pozostając w okolicach religijnych zamieszczam zdjęcie z witrynki stojącej sobie przed jednym z kościołów, w tym pełnym kościołów mieście. Może nie wszystko widać, ale kwestia zasadnicza jest chyba jasna. No… To skopałem chwasta…

piątek, 19 maja 2017

Przeoczona przezroczystość przezroczy



Wiosna, w koło tyle zieleni, chlorofil na pełnych obrotach, produkcja tlenu idzie rozbuchaną fotosyntezą i to musi być bardzo przykre, kiedy w takich okolicznościach przyrody następuje „paraliż mięśni oddechowych”. A nastąpił. Uduszenie – brzmi strasznie, bo to pewnie jest straszne. Ta chwila, kiedy już nie możesz nabrać powietrza, a jeszcze nie straciłeś przytomności. Ta chwila kiedy wiesz, że nie dasz rady wykonać wdechu, wykonać tej wydawałoby się codziennej i prozaicznej czynności… Kurwa, to nie jest ćwiczenie gimnastyczne dla grupy zaawansowanej! Tak…  Myślę, że to jeden z trudniejszych momentów w życiu. Nie egzamin na prawo jazdy, nie zgubione klucze od mieszkania, rozmowa dyskwalifikacyjna do upragnionej pracy, biegunka podczas wycieczki w góry, foch strzelany przez miłość twego życia… Nie. Momento mori…

Agnieszka umarła z wczoraj na dziś. Kolejna osoba, którą znałem, z którą rozmawiałem, która z widzialnej przemieniła się w niewidzialną. Może kiedyś przyjdzie mi do głowy wspomnieć ją we wspomnieniu, ale dzisiaj raczej nie. Dzisiaj raczej nie… Koniec.

środa, 17 maja 2017

Udało się udatnie!



Przeczytałem książkę! Sukces kompletny, całkowity, oszałamiający! Pani Olga Tokarczuk z całą pewnością dłużej pisała niż ja czytałem, więc jestem lepszy! Ba! Jestem najlepszy! De Best Of jestem! Jestem Masthefem każdego pisarza: wytrwały, wnikliwy, przenikliwy, niekiedy zamulony, ale to z mojej strony dodaje tylko lekturowanemu dziełu mrocznego uroku i powabu. Zatem: przeczytałem „Księgi Jakubowe”. Dziewięćset k…wa stron historii sekty, odłamu, nurtu religijnego… Wielkiego trzeba talentu pisarskiego, żeby to wykonać, ale – nie miejmy złudzeń – wielkiego trzeba samozaparcia, żeby to potem przeczytać. Zaparłem się zatem, kur zapiał sto trzynaście razy, przekroczyłem wszystkie terminy wypożyczalni książek, zostałem raniony nożem przez nasłanych przez bibliotekę windykatorów, ale przeczytałem! Tadam!!! Jeżeli komuś temat leży, to serdecznie polecam. Przy okazji nabyłem nieco wiedzy na temat stron rodzinnych mojej rodziny, co być może kiedyś w zwiedzaniu okolic wykorzystam.

Robienie zakupów przez Internet, to też jest pole do tego, by odnieść sukces. I to nie tylko dla tego, który kupuje, ale – może przede wszystkim! – dla tego, który sprzedaje. E-mail ze sklepu internetowego: „Zrobiliśmy wszystko co w naszej mocy, aby wypuścić Twoje zamówienie w świat jak najszybciej. Udało się! Twoja paczka ruszyła w spokojną i wygodną, ale i szybką podróż. Teraz możesz spokojnie usiąść na kanapie i czekać, ale nie za długo, ponieważ Twoja przesyłka będzie niebawem pod wskazanym adresem”. Brakuje mi tylko: kocham… i coś o tym, że ponieśli straty w ludziach, ale że dla mnie wszystko, że ta wiosna już na zawsze będzie tylko nasza, a wspomnienie mojego zamówienia i ono samo wyryje się na forewer w życzliwej pamięci sklepu i wypisywane będzie mazakami na drzwiach i ścianach toalet, niby wyznanie uczucia… tak.

Co do sztuki sprzedaży, to poniżej zdjęcie z promocją… Tu musi być jakiś haczyk… Ostatecznie, skoro producentowi i sklepowi zależy na tym, żeby sprzedać jak najwięcej, to właściwie strategia jest logiczna i słuszna. Bierzemy opakowania, w którym są trzy sztuki i jeszcze jesteśmy przekonani, że oszczędziliśmy! Wszyscy są szczęśliwi.


Udało mi się też wczoraj pójść pobiegać, a nikt, nikt i nigdy się nie dowie, jakiego to wymaga z mojej strony wysiłku i to nawet nie fizycznego, tylko tego związanego ze słabą-silną wolą. Przebrać się w te śmieszne ubranka, założyć pomarańczowe buty (co mnie powaliło kupić sobie pomarańczowe buty?! kryzys wieku bezpośredniego?! mikroudar w trakcie zakupów?!) i wyjść na stadion, który w taką pogodę, jak wczoraj obsadzony jest przez smakoszy piwa spokojnie i w rozmarzeniu ćmiących szlugi… Ech… Wiem, nie muszę, użalam się nad sobą, ale przecież tylko po to, by ostatecznie obwieścić triumf - triumf Misia Bela! – ducha nad materią! Udało się! Wyłoniłem się z prazupy i czarnej dziury od niechcenia i potoczyłem truchtoleniem po okręgu - ok. po elipsie - bieżni. W tym miejscu po raz kolejny powinienem podziękować Waglom, których audycji słucham podczas wtorkowych zmagań ze sobą: Panowie, dziękuję!

Udało mi się też napisać kolejną notkę, którą niniejszym publikuję. Ok, koniec tego udawania się.