Zanik pamięci, to jest problem, ale są też inne zaniki, wśród których zaniki dostaw - a już na pewno dostaw wody - mogą być szczególnie uciążliwe. Tak dla piszącego, jak i czytającego.
Z koniecznością i hydrofornią Pan nie wygrasz. A poniżej wspomnienie z wakacyjnej ubikacji. Dekoracja ważna rzecz.
wtorek, 26 sierpnia 2014
czwartek, 21 sierpnia 2014
Słomiany człowiek
Poszedłem dzisiaj na spacer do
miasta. Sam nie wiem, kiedy ostatnio chodziłem samotnie-samodzielnie po
toruńskiej Starówce? Kiedy siedziałem sam przy stoliku i powoli popijałem zimne
piwo, napychałem się absolutnie niezdrową żywnością, racząc się przy tym absolutnie
niezdrowym napojem. I kiedy, tak po prostu, zupełnie bez celu i zupełnie bez
sensu, szwendałem się tymi jakże, kurwa ładnymi uliczkami, które po zmroku, oświetlone
delikatnym światłem latarni, stają się jeszcze
ładniejsze niż za dnia.
Chodziłem nic nie mówiąc - bo i co i
do kogo miałbym mówić? – i słuchałem jak inni mówią. Jak na dolnym pokładzie
braki, na której piłem piwo, grupa włoskojęzyczna piała i zawodziła swoim śpiewnym
językiem, jak dziewczyny z kosza obok – bo na górnym pokładzie barki stoją
kosze, takie na wzór plażowych – obmawiały bliźnich (choć są „bardzo tolerancyjne,
tylko wkurwia je głupota!”), jak ojciec opowiadał swojej, na oko sześcioletniej
córce, w których to hotelach Torunia nocował i co to w ogóle znaczy „spichlerz”.
Prócz słuchania patrzyłem, jak
budują konstrukcję na festiwal Skyway (chyba tak to się nazywa), który za
moment ma się rozpocząć. Na dziewczyny w różowymi parasolami, jak bardzo są
brzydkie i jak nagabywani przez nie faceci opędzają się od nich. Na wystawę
księgarni, gdzie nadal stoi biografia Gabrieli Kownackiej. Na niebo, na którym
dało się zobaczyć kilka gwiazd, choć z centrum miasta nie jest to łatwe.
Tak zbierałem sobie to miasto dzisiaj,
jak kolekcjoner. Łącznie z obrazem menela, którego na ławce nadwiślanej
niepokoił patrol policji. I za co, i o so chozii?.. - myślałem razem z menelem patrząc
na brawurową interwencję mundurowych, z których jeden – będąc na służbie – dziarsko
ćmił szluga ukrytego w dłoni. Jakby właśnie padał deszcz! A przecież nie padało.
Nic, absolutnie nic się nie działo, na nic nie
liczyłem, niczego się nie spodziewałem, w niczym nie pokładałem nadziei. I się spełniło,
bezplan pełną gębą, wypoczyn bezkompromisowy. A teraz sen, oby bez snów. I to
tyle. Kropka w morzu potrzeb.
piątek, 1 sierpnia 2014
Składam się z ciągłych retransmisji
Bo znowu jest sierpień, bo znowu mam w planach urlop, bo znowu pojedziemy nad morze. Już za moment. Póki co jednak: jestem bardziej na ziemi, niż w wodzie.
W kinie byłyśmy we trzy, taki babski wieczór. Film, jak dla mnie fajny - "Casanova po przejściach". Żadnego dramatu, prawie zero przemocy. Tylko żona mi się zestresowała, bo - jak na złość, taki niby sprytny! - telefon się jej zaciął i nie chciał się dać wyłączyć alarm. Panie z rzędu przed nami były niepocieszone. Wracaliśmy potem spacerem przez stygnące miasto, to był bardzo miły wieczór.
Polsat zakoduje Mistrzostwa naszych siatkarzy. Czyli nie będę patrzył. Nic to. Właściwie byłbym skłonny pozbyć się telewizora. Co oni mi w tej telewizji pokazują, co rzeczywiście powinienem zobaczyć, bez czego sobie nie poradzę? Papież nie żyje, M. Gesler żyje, na tragedie w stylu WTC, czy szczątki zestrzelonego samolotu właściwie i tak staram się nie patrzeć.
Dobiega końca nasze niemal dwutygodniowe słomiane rodzicielstwo. Dziecko - w trakcie rozmów telefonicznych - nie epatuje tęsknotą, właściwie z trudem znajduje czas na zamienienie kilku słów. Przeważnie gdzieś się spieszy, coś robi, ma napięty harmonogram.
Książkę udało mi się przeczytać! Jestem z siebie dumny, choć nie była to pozycja z gatunku ambitnych. Nic to, przyjdzie jeszcze czas na dzieła Lenina w przekładzie na chiński. Póki co czeka biografia Miłosza. U niego właśnie jest wojna, walka z okupantem i problemy bohatera z obywatelstwem, dlatego nie wiem, czy pojedzie z nami nad morze.
Jedziemy nad morze. Taki jest plan. Pogoda ma być. Czyli będzie pogodnie. Mam nadzieję na pierwszy do kilku lat urlop zupełnie wolny od pracy, choć są powody by w to nieco wątpić. Nadzieja wątpliwej jakości. Zobaczymy.
piątek, 18 lipca 2014
Armagedon w włos
Wiktor przedwczoraj (tonem martwego już sześciolatka):
- Tato... Muszę jutro pojechać na cmentarz, zamówić sobie miejsce...
- ?!
- Nie przeżyję wizyty u dentysty...
Przeżył. Bezboleśnie. I całe szczęście, bo nie zniósłbym pogrzebu własnego dziecka w taki upał i przed urlopem. Serio.
- Tato... Muszę jutro pojechać na cmentarz, zamówić sobie miejsce...
- ?!
- Nie przeżyję wizyty u dentysty...
Przeżył. Bezboleśnie. I całe szczęście, bo nie zniósłbym pogrzebu własnego dziecka w taki upał i przed urlopem. Serio.
piątek, 11 lipca 2014
Najpierw powoli, później też powoli, jak żółw, o c i ę ż a l e
Lato płonie. Mistrzostwa całego świata "wchodzą w decydującą fazę". Syn kończy edukację w przedszkolu i od września szkoła życia. W sierpniu planowany jest urlop konieczny i karkołomny, jak nigdy dotąd. Słucham nowej płyty Rojka. Bardzo mi się podoba. Nawet ten fragment, w którym autor śpiewająco prosi: "Złap mnie za włosy, złap mnie i ciągnij"... Patrzę na zdjęcie Pana Artura z okładki płyty. Bo ja wiem? Od biedy da się zrealizować.
środa, 2 lipca 2014
Nie umarłem
Właściwie, nie ma się czym chwalić, ale: nie umarłem. Znaczy to tylko tyle, że umarcie jeszcze przede mną, czyli przyszłość jawi się tak zwanych "świetlanych barwach".
Kurtułazyjnie i kulturalnie pozdrawiam z tego miejsca wszystkich dwóch/dwoje czytelników bloga.
Ałtor.
Kurtułazyjnie i kulturalnie pozdrawiam z tego miejsca wszystkich dwóch/dwoje czytelników bloga.
Ałtor.
czwartek, 27 lutego 2014
"Ni" z gruchy, 'Ni" z pietruchy - czyli: Filip z konopii, czy coś zupełnie z innej beczki?
Znajdowanie sensu, to proces mozolny - luźna uwaga odnosząca się do życia w ogóle, jak i do tytułu tego posta/postu, jak i do dalszej jego części.
Więc: znajdowanie sensu, to przerąbywanie sobie drogi w gąszczu pomieszania. Dzień po dniu z maczetą - bo jest to działanie siłowe, na wskroś przemocowe (w duchu A. Zybertowicza, ale nie tego znanego szerszej publiczności z prasy i TV, tylko jeszcze z okresu/zakresu pracy naukowej) i podporządkowujące otoczenie (patrz: "Biblia" - w sensie świętej księgi chrześcijan) - wychodzi człowiek i napieprza. Idzie, idzie, idzie i natrafia na pomysły innych ludzi, którzy także kombinują w różnych kwestiach, na przykład w obszarze definiowania urody. Ja wiem, że sprawa nie jest łatwa, że były "rubensowskie kształty", że kanony piękna się zmieniają i co za tym idzie zmieniają się definicje, odniesienia, epitety, ale...
Jest sobie pani modelka, tak opisana:
"25-latka ma małomiasteczkowe korzenie, które podkreśla z dumą. I wielkomiejską urodę, której także się nie wstydzi".
Na takiej bazie powstaje we mnie pytanie o urodę właściwą np. dla mieszkańców przedmieść, lasów, czy obszarów o zaludnieniu 1 człowiek na 10 000 kilometrów kwadratowych? Rodzi się też pokusa poszukania kogoś, kto ma odwrotnie od tej pani, to znaczy: nie wstydzi się wielkomiejskich korzeni i ma małomiasteczkową urodę, a nawet - w wersji hardcorowej! - korzenie jej można odnaleźć w skrajnie zurbanizowanej okolicy (jakaś aglomeracja, np. Trójmiasto, Kair, Meksyk), natomiast legitymuje się urodą na wskroś pustynną, kształtowaną jedynie przez wiatr, deszcz, czy inne czynniki erozyjne. Żadnego tam loreala, żadnej maseczki nawożącej cerę, żadnego słowa uwagi od współplemieńca, czy nawet porady z poradnika celebryty (patrz, np. K. Ibisz "Jak dobrze wyglądać po 40", albo K. Cichopek "Sexy mama. Bo jesteś kobietą"). Tak... Człowiek urodzony na rynku gwarnego miasta, następnie wyrzucony poza społeczność i rosnący gdzieś tam, poza kontrolą i konwenansem, w poprzek trendom. Człowiek o urodzie samotnej. Gdzie on jest? Kim on jest? I czy też nie wstydziłby się swojej urody, gdyby przyszło do zdjęć dla pisma reklamującego bieliznę?
Nie wiem i z tą niewiedzą pozostaję, ale od dzisiaj przejeżdżając przez dowolną okolicę inaczej będę patrzył na mijanych ludzi, bo będę szukał, a jeśli znajdę, to dam znać...
Subskrybuj:
Posty (Atom)


