piątek, 7 października 2011

Apokalipsa

Każdy świat ma dwa końce, przy czym ten pierwszy, zwyczajowo nazywamy początkiem. A wczoraj był taki moment, że myślałem, iż oto za moment (był taki moment, że myślałem przez moment, iż już za moment… no momentalnie mi wyszło) nadejdzie ten drugi koniec. Koniec właściwy. Koniec, the end, już po wszystkich napisach, bez muzyki i nawet bez tego końcowego napisu ogłaszającego „the end” właśnie. Taki koniec, po którym normalnie w kinie wstaje się i wychodzi, ale nie tym razem, bo tym razem koniec the end dosięgnął wszystko. Ok. Zawsze mam problem z definiowaniem rzeczywistości i prostym wyrażaniem o co mi chodzi. Tak czy inaczej wystąpiły wczoraj znaki, które – jak nic! – mogły zwiastować, no wiadomo co, nie będę się w nieskończoność powtarzał…
Zaczęło się już w nocy z przedwczoraj na wczoraj. Jeszcze przedwczoraj zakupiłem buty. Ładne, dość drogie buty – oczywiście ich „drogość”, to pojęcie względne, ale jak dla mnie to są one drogie. Więc zakupiłem je, ucieszyłem się zakupem, zmartwiłem się zakupem, zaakceptowałem zakup, wydał mi się on ekstrawagancją, na którą nie powinienem był sobie pozwalać w dobie recesji. Właśnie takie i inne jeszcze „okołozakupowe” zjawiska przetoczyły się przeze mnie, ale - tak czy inaczej - buty były moje i kiedy już położyłem się spać, to pomyślałem sobie, że takie fajne buty, dość drogie i – jak mam nadzieję – porządne, posłużą mi chyba długo, kto wiem, może na tyle długo, że założą mi je na nogi, kiedy będą mnie kładli do trumny. Wyraziłem nawet taką wolę, powiedziałem mianowicie na głos do A. (czasem mówię do A. nie na głos, ale wtedy po prostu nie chce być usłyszany, teraz chciałem), że chcę by te właśnie, nowo zakupione buty włożono mi na nogi, kiedy będą mnie kładli do trumny. A. zniosła to godnie i zasnęła, ale ja nie mogłem zasnąć. Myślałem dalej o butach. I kiedy tak patrzyłem na sufit, to nagle dotarło do mnie, że właściwie to bez sensu! Że moje życzenie zabierania ze sobą butów do trumny jest przejawem słabości kompletnej i przywiązania do materii, co, samo w sobie nie jest złe, ale mimo wszystko raczej nie powinno mieć miejsca. Jakże to bowiem dobre buty, nowe, nie noszone zabierać do piachu?! Przecież one mogą jeszcze komuś się przysłużyć, przydać, ktoś w nich może gdzieś pójść i nie zmarznąć i suchą stopą dotrzeć do pracy – bo ja wiem? – dziecko odebrać z przedszkola i nóg przy tym nie przemoczyć w tą jesień, która już, właśnie teraz zamienia się w wersję raczej smutną, dżdżystą i opadową!!! Więc po co – sam siebie zapytałem – po co, te dobre buty, gdybym tak jutro zmarł – myślane przedwczoraj odnosiło się do wczoraj! – po co je marnować?! Pod wpływem impulsu i empatycznego zbratania się ludnością łaknącą i potrzebującą mych butów, zmieniłem swą ostatnią wolę i uspokojony podjęciem dobrej decyzji zasnąłem. Pomyślałem, że o zmianie decyzji doniosę A. jutro rano. Do rana raczej nie umrę, a nawet gdybym konał, to szturchnę ją i może się obudzi, a wtedy ja – jak na filmach – dam radę wyszeptać jej do ucha, co zrobić z butami. O tak, już w nocy z przedwczoraj na wczoraj klimat końca był wyrazistszy niż za zwyczaj.
Tak wyglądało preludium. Nie będę się tu rozwijał w opisy super szczegółowe, pominę rzeczy zbędne i odniosę się tylko do meritum, czyli do znaków. Wiadomo bowiem, że koniec poprzedzony będzie znakami.
Znak pierwszy. Rano nie chciało mi się wstać… Wiem, że taki znak może być z łatwością zakwestionowany, bo codziennie nie chce mi się wstawać, ale jednak wczoraj nie chciało mi się bardziej. A im bardziej mi się nie chciało, tym bardziej mi się musiało chcieć… Wstałem więc i już samo to, ocknięcie się i pojawienie na powierzchni, ja uznaję za pierwszą oznakę końca! Żeby się skończyć, trzeba się zacząć – banał, wiem. Nie: „być albo nie być?”, tylko: „być, żeby nie być!”, oto jest kwestia prawidłowa, kwestia zasadnicza i trafiająca w sedno. Tak, człowiek jest śmiertelny, ale to jeszcze pół biedy. Najgorsze, że to, iż jest śmiertelny, okazuje się niespodziewanie, w tym właśnie sęk! Ja przyjąłem tę prawdę do mojego serca i oto podniosłem się rano, żeby upaść i rozsypać w proch, na amen, do szczętu, posypać się w nicość. Ok. Nie przekonanych nie przekonam, a tym, którzy wierzą więcej ran okazywać nie ma potrzeby.
Znak drugi. Na drugi znak musiałem czekać dość długo, ale był to znak klasyczny, wyjątkowo klarowny i z tradycjami. Był to bowiem spadający ptak. No, może nie do końca spadający, tylko poruszający się lotem koszącym, ale tak czy inaczej był to ptak z kłopotami, a wiadomo, jakie wzruszenie wywołuje w człowieku zakłopotane ptactwo. Spadające ptaki, spadające Anioły… Tak, to obraz wyjątkowo przeszywający i bolesny, obraz niemocy, zapowiedź czegoś groźnego, czegoś jeszcze gorszego… Siedziałem więc sobie w pracy i zupełnie nią pochłonięty wpatrywałem się w monitor komputera. Coś tam w Excelu  dłubałem, pisałem coś w Wordzie i nagle usłyszałem huk! Przeląkłem się, zupełnie nie wiedziałem co się dzieje, oczywiście odruchowo spojrzałem w stronę, z której doszedł mnie dźwięk, a że doszedł mnie od strony okna, obok którego siedzę, więc spojrzałem przez nie i zobaczyłem! Zobaczyłem gołębia, który mało elegancko i nieporadnie lądował na daszku osłaniającym wejście do instytucji, w której pracuję. Zobaczyłem też kilka drobnych piórek opadających właśnie na parapet za szybą mojego okna. Wniosek mógł być jeden. Gołąb walnął w okno… Potwierdziły to oględziny szyby, na której gołąb – najwyraźniej z piórami o tendencji do przetłuszczania się – pozostawił widoczny ślad. Koniec świata wydawał się być już tylko formalnością… Oczywiście, mogłem uznać, że miałem do czynienia z jakąś zwierzęcą, nieporadną formą ataku terrorystycznego, ale patrząc na ogłupiałego po uderzeniu ptaka, który nie próbował dostać się do pokoju przez otwartą część okna w celu wykończenia mnie w może mniej malowniczy, ale skuteczniejszy sposób, doszedłem do wniosku, że ptak ów nie realizuje planu wymyślonego przez współbraci, lecz jest on narzędziem w rękach kogoś innego, kogoś działającego na zdecydowanie większą skalę… A skala jego możliwości jest nieskończona, o czym miał mnie przekonać znak trzeci…
Znak trzeci. Pisałem powyżej, że w momencie uderzenia ptaka w szybę zajęty byłem pracą, między innymi pisałem coś w programie Word. Kiedy po ciosie zadanym mej duszy gołębiem ochłonąłem nieco – pomimo przekonania o nadciągającym końcu – podjąłem dalszy trud i sumiennie powróciłem do powierzonych mi zadań. Niestety okazało się, że apokalipsa, jak zupa pomidorowa, rozlała się też na świat cyfrowy. Oto bowiem kiedy zamierzałem postawić literę „ć”, to w jej miejsce pojawiał się tajemniczy znak apokaliptyczny, wieńczony krzyżem… Cokolwiek chciałem napisać, a w pisanym przez mnie słowie występowała litera „ć”, za każdym razem pojawiał się znak krzyża. „Śmier” krzyż… Krzyż „wok”, „sześ” krzyż, „cześ” krzyż, „sześ” krzyż… Nic nie dawało się z tym zrobić, nic! Zacząłem gorączkowo myśleć: krzyże, Word, otwarte groby, word, słowo, a słowo ciałem się stało, „word” tylko o jedno „l” różni się od „world”, świat, krzyże, i mieszkało między nami, powtórne przyjście, świat, krzyże, otwierające się groby, Boże, Bosch, nie, nie ta pralka!.. Nie ukrywam, były w tym myśleniu pewne błędy i luki, ale to z emocji. Komu z nas nie przydarzyło się na ważnym egzaminie - nawet kiedy byliśmy dobrze przygotowani - popełnienie prostego i głupiego błędu? A ja stałem przecież wobec straszliwej prawdy, objawiono mi, że oto czas się dopełnia, że już za chwileczkę, już za momencik, nic się tu dalej nie będzie kręcić!!! Rachunki nie popłacone, dziecko u babci i nie do końca zdrowe, Polska w budowie, Polacy zasługują na więcej, a tu koniec!!! Kurwa! - wyrwało mi się ze skołatanego mózgu. - Dobrze chociaż, że A. okna umyła! Będzie lepiej widać…
Znak czwarty. Mój japoński zegarek zwariował. Przestał pokazywać właściwy czas, choć co to znaczy „właściwy czas” wobec końca czasu?! Tym niemniej, w ludzkim odruchu, osaczony znakami chciałem upewnić się, która jest godzina, skoro przestrzeń zaczynała szwankować chciałem oprzeć się o czas, ale okazało się, że naczynia połączone są połączone… Zegarek wyposażony został w baterię zdolną działać lat 10, a termin ten miał minąć za lat co najmniej 5. Zegarek nie był przeze mnie eksploatowany w sposób ekstremalny, korzystałem z funkcji stopera, czasami – przy gotowaniu jajka na miękko – włączałem funkcję odliczania w dół, co kończyło się uruchomieniem alarmu, niekiedy zdarzało mi się używać światełka, ale to wszystko! Więc ten zegarek nie powinien słabnąć energetycznie, ani też po prostu się psuć! Ja wiem, że rzeczy czasem się psują, ale nie mój japoński, prawie nowy, szanowany przeze mnie zegarek! Ów bowiem, w sposób dla mnie oczywisty, tknięty został skrzydłem Anioła zagłady… Tak było…
Znaki pomniejsze. Były jeszcze znaki pomniejsze wskazujące na nadciągający koniec świata, takie jak: trzęsące się ręce, niewyraźne widzenie, czy też pomieszanie języków (to w kontaktach z przełożonymi, przy czym – demokratycznie – obie strony nie miały pojęcia, o co chodzi w wypowiedziach strony drugiej). Znaki pomniejsze budowały atmosferę grozy, jak te niedopowiedziane momenty w filmach, kiedy właściwie nic się nie stało, a jednak coś jest nie tak, coś niepokoi. Ta „niewypowiedzialność”, „nieuchwytność” jest bardzo męcząca.
A potem był wieczór. Koncert Spiętego i było bardzo fajnie i nic się nie stało. Jeszcze raz nie zdarzył się koniec świata.


2 komentarze:

  1. Mrożąca krew w żyłach historia....Przez Ciebie zaczynam wypatrywać znaków. A źle mi było bez świadomości końca??

    OdpowiedzUsuń
  2. A myślałem, że napiszę coś "ku pokrzepieniu serc"... Ech... Mimo wszystko pozdrawiam. ;-)

    OdpowiedzUsuń