piątek, 21 czerwca 2024

Szkiełko i oko... i jelito - czyli o sztuce i życiu

Pierwsze i ostatnie dwadzieścia lat życia. No pewnie, że są znaczące różnice. Najważniejsza, że w pierwszym przypadku wiadomo, kiedy to się zaczyna, a w drugim można to stwierdzić wyłącznie post mortem*. Chyba, że ktoś jest konsekwentnym planistą i wtedy, to się da policzyć i zaznaczyć w kalendarzu odpowiednim znaczkiem, postawić na sobie krzyżyk. Można też rozesłać zaproszenia. Dwadzieścia lat. Te pierwsze schodzą na wzrastanie, uczenie się, poznawanie, nabywanie, a ostatnie? Oswajanie się. Dociera do mnie, że to się stanie**, że się umrze, że nic ze mnie nie będzie, że będzie ze mnie nic. Zaewidencjonowany koniec. Patrzę po przodkach i liczę ich wyniki. Dodaję, dzielę, uśredniam. Pamiętam, że od dawna prześladuje mnie - czy też po prostu towarzyszy mi - myśl dotycząca ostatniego widoku, czyli: na co będę patrzył w momencie śmierci? Sufit? Podsufitka dachu karetki? Powłoczka poduszki – tej zielonej, w kwiatki - przyciskanej do twarzy? Błoto kałuży? Po prostu niebo? Nocą? W słońcu? Z wypiętrzonym cumulonimbusem? A może czyjaś twarz? Jest kilka opcji.

* Chyba jednak podstawową różnicą jest to, że druga dwudziestka kończy się zgonem… Tak, to może być ważniejsza różnica, z tych megajakościowych…

** Oswajanie, że się stanie… Że się już nie będzie w stanie. Co? Nic. Nawet-zwłaszcza oddychanie. A dodychanie?


„The Employees” wygrali! Wygrali Kontakt. W tym roku byliśmy na trzech spektaklach i udało nam się trafić w zwycięzcę, czyli też jesteśmy zwycięzcami! Mamy w sobie przynależny zwycięzcom gen zwycięstwa!!! Ok. Oczywiście nie jestem w stanie ocenić tego przedstawienia na tle innych, ale czy w sztuce to w ogóle możliwe? Kiedy ma się do czynienia z czymś ewidentnie nieudanym, wtedy ktoś rzeczywiście jest lepszy, a ktoś gorszy, ale jeżeli nikt nie jest przesadnie beznogi, to ocenianie artystów i ich dzieł jest właściwie od początku, jakąś tam formą pomyłki. Wyścig Vermeera z van Goghiem w kategorii „niebieski”. No, ale taka formuła, więc wygrał w niej spektakl „The Employees”. Mnie się podobał. W mojej osobistej głowie nieco mniej niż „Jak zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego nie żałuję”, ale jednak podobał się. To był inny teatr niż taki „że normalny”, że Litwo ojczyzno moja. Większość akcji obserwowało się na ekranach umieszczonych nad kubikiem? pudełkiem? pomieszczeniem? gdzie aktorzy chodzili i gadali i robili sztukę. Praca dwóch operatorów kamer, którzy nieustannie pokazywali skomplikowaną i wartko toczącą się akcję była: niesamowita, imponująca i coś jeszcze, ale nie przychodzi mi teraz do głowy, to słowo, może później je dopiszę. Aktorzy w rolach podwójnych, grający siebie (człowieka) i siebie (humanoida), z odmienną świadomością, wiedzą i temperamentem popadający w relacje i rozmowy ze sobą, a wszystko sklejone właśnie dzięki pracy operatorów kamer. Zachwyt, że można coś takiego wymyślić, zaplanować i zrealizować! To jest ogólna uwaga do spektakli, które widziałem i to jest ogólna uwaga i moja odpowiedź na pytanie: dlaczego warto oglądać spektakle na Festiwalu Kontakt. Odpowiedź tu: bo można się zachwycić, zadziwić, dowiedzieć czegoś. Same rarytasy z rękawa! Na małej pszeszczeni pomieszczone, można MZK dojechać, można na nogach dojść i dostępne są darmowe toalety (ze spuszczaną wodą), choć czasem jest ich za mało i trzeba stać w kolejce, a spektakl tuż! Właśnie dlatego nie odpowiedziałem no to pytanie przed kamerą, o co - m.in. ja - zostałem poproszony przez jednego pana. Na marginesie dodam - pana będącego aktorem teatru Wilama Horzycy. Co ja miałem powiedzieć? Że w porównaniu ze spektaklami tegoż teatru, to są Himalaje, to są sprawy wspaniałe, to są przeżycia wstrząsające? Że w porównaniu!.. Ale, ale, hola, hola! Po co zaraz porównywać?! Właśnie… No to po prostu. „The Employees” to spektakl, który zrobił na mnie bardzo duże wrażenie, może tylko sekwencja kończąca, kiedy nadzy, półnadzy aktorzy zastygali w dziwnych pozach nieco niepotrzebnie epatowała właśnie golizną. Tak właśnie sądziłem… Przynajmniej do moment, kiedy syn stwierdził po prostu, że są to odwzorowania najbardziej znanych dzieł sztuki, takich jak Pieta Michała Anioła, czy fragment fresku Stworzenie Adama… Tak… Wykształcenie ma sens. Reasumując: na mój prosty, nieokrzesany, powoli już kończący swoją przygodę w układanie puzzli umysł, to był spektakl świetny. W przyszłym roku chcemy iść na więcej. Może przygotuję sobie wcześniej odpowiedź, na pytanie o sens sztuki czy tym podobne. Oby mnie zapytano, obym miał szansę udowodnić, że!..


Byliśmy też na koncercie Toruńskiej Orkiestry Symfonicznej. Czy to jest dobra orkiestra? Oczywiście  nie jestem w stanie odpowiedzieć, ale gdybym miał wybrać pomiędzy Teatrem Wilama Horzycy, a  Toruńską Orkiestrą Symfoniczną, to zdecydowanie wybieram TOS. W teatrze naszym zdarzyło mi się  kilkukrotnie zapytać siebie o to, która jest godzina i dlaczego ów aktor i owa aktorka coś tam właśnie  na scenie robią i dlaczego w sposób tak hm?.. W przypadku TOS nigdy nie zdarzyło mi się nic takiego  w odniesieniu do występujących tam muzyków. Ja się nie znam na sztuce, ja nie mam wiedzy, słuchu,  zdolności analitycznych, zacięcia i zdolności krytycznych (rozumianych tak bardziej, jak proponował to  pan Stanisław Brzozowski, a nie w formie występującej współcześnie napierdalanki… w napierdalankę bym umiał chyba…). Mnie się tylko podoba albo nie. Oczywiście natężenie stopniowalne. Pamiętam, jak wybrałem się na Requiem Mozarta i tu muszę się przyznać, utwór miałem dość mocno osłuchany,  może nie „po jednej nutce” nacisnął bym przycisk, ale po pięciu to już na bank. Więc poszedłem, usiadłem i nic, absolutnie nic mi tam nie zazgrzytało, a pan dmący w trąbkę wygenerował dźwięki cudow-ne. Siedziałem zaczarowany. Byłbym szczurem, bym za nim poszedł i się utopił. Raz, że pięknie dął, a dwa, że tak tą trąbką pięknie błyszczał, że dosłownie widziałem dźwięki. Cała orkiestra trutu, tu, tu, piu, piu, piu, fiu itd. itutu, a w tym wszystkim srebrna nitka trąbki. Widziałem to. Trzeźwy, bezźpny, w przytomności. Ok. Nie o tym miało być, miało być o koncercie „Amerykański sen”. Kawałki Johna Williamsa, Leonarda Bernsteina oraz George’a Gershwina grane pod patykiem Dainiusa Pavilionisa. W „Błękintej Rapsodii” solista pan Paweł Tomaszewski. Nie będę recenzował, z powodów już podanych/zasygnalizowanych, ale powiem tyle, że widzieć muzyków zasłuchanych w to, jak pan Paweł solista wywija na fortepianie, a im aż się oczy śmieją, to jest coś! Ogólnie rzecz biorąc bardzo fajny koncert, może tylko nieco przydługie nawijki oficjeli, którzy – w związku z tym, że było to zamknięcie sezonu – musieli coś tam powiedzieć, nieco zepsuły wydarzenie, ale trudno. Sama muzyka bardzo, bardziej, jeszcze bardziej! Sala pełna i owacje na stojąco. W przyszłym sezonie plan jest taki, żeby więcej w tym brać udziału. Przy okazji zauważyłem jedną rzecz, że kaszel włącza się wraz z  początkiem grania. Przemawiali oficjele był spokój, a tylko dyrygent machnął batutą i już kche, kche, kche, krztuś, krztuś, krztuś… A może wtedy bardziej to słychać? Może tak…


Chujowy jestem w smoltokach. Nie wchodzę w relację. I jak chodzę z nie moim/nie moją psem-suką  na spacery, to też nie wchodzę albo ledwo, ledwo tylko i to z obowiązku. Tak, z obowiązku wobec Niuni i jej socjalizacji nie uciekam przed ludźmi z psami. Wczoraj wieczorem też nie uciekłem. Takie wydarzenie. Fanta została sama, jej starsza koleżanka odeszła po piętnastu latach. Choroba nowotworowa. Właściciele bardzo walczyli, tam się cuda działy, łącznie z zastrzykami z komórek macierzystych za gigantyczne pieniądze. Na chwilę pomogło, ale finalnie, wiadomo… A wieczór wczoraj był piękny, jeden z tych najdłuższych w roku, bo to właśnie teraz sprawa się przechyla i już za moment, wiadomo… Sztolnią w dół. Od jutra… A! I jeszcze, ważne! Wczoraj nie spotkaliśmy na spacerze jeża żadnego, prócz truchła, które mijam od około 10 dni i obserwuję, jak zmienia się pod naporem czasu, od świeżo przejechanego, do – teraz – już tylko suszka takiego. Bez oka i jelita.

Na marginesie trwają Mistrzostwa Europy w piłce nożnej. My, Polska, Orły już po pierwszej porażce, a dzisiaj mecz prawie o wszystko, więc zaostrzone ołówki wyliczają „matematyczne szanse” na wyjście z grobu śmierci, a de facto potrzebne jest religijne uniesienie i głęboka wiara. No i jest koniec świata szkolnego! Dzieci będą miały wolne, rodzice różnie, w zależności od dziecka i innych okoliczności, będą mieli trochę łatwiej lub trochę trudniej. Mnie odpadną kanapki do szkoły, ale dojdzie poranny spacer z psem i znowu weź się kurwa z ludźmi przekomarzaj o siódmej rano, a zażartuj, w jakiś fikuśny, czarny humor zwisielczy pójdź/zwiśnij, to się raczej przed śniadaniem nie sprawdza albo i w ogóle, a spacerować trzeba, bo sikać i robić kupę trzeba. Póki oko i jelito jest.

środa, 5 czerwca 2024

Śmierć na miękko i na twardo - raz!

Kronika kulturalna.

Komediant Bartosz Zalewski i jego „Obietnica zmierzchu”. Od kilku lat oglądałem Pana Bartosza w internetach i zawsze mi się podobało, więc kiedy zobaczyłem, że będzie występ w Kwidzynie (za jedyne 50 peelenów plus opłata serwisowa i daj coś na zwierzęta), to się zdecydowałem.Zdecydowałem się, żonę i syna, że pójdziemy. Bilety mieliśmy niekolekcjonerskie, ale okazało się, że zupełnie niepotrzebnie, bo nikt niczego nie sprawdzał przy wejściu. Sala pod ziemią, znaczy w piwnicy, plakatów brak, więc i tak przyszedł tylko ten, kto wiedział, że tu i o tej godzinie artysta podestu będzie bawił ludzi do łez. Miejsca do siedzenia były już tylko z przodu, bo ludzie chyba trochę boją się na tego typu wydarzeniach siadać blisko źródła, żeby nie zostać obryzganymi strumieniem wesołości. My nie mieliśmy wyjścia. Siedliśmy sobie i światu, kupiliśmy picie – tylko sobie - i czekaliśmy. W rzędzie z tyłu – pechowo – lokalni dowcipnisie. Żartów już nie pamiętam, ale dobry nastrój i samozadowolenie już tak. Nie podzielam, a jednak trochę zazdroszczę ludziom tej wiary w siebie i samozachwytu, sami siebie za chwy tają. Na szczęście Pan Bartosz spóźnił się tylko 11 minut, a i tak świadczy to tylko o jego ponadprzeciętnej solidności, bo w kajeciku występ zapisany miał na godzinę 19.00, czyli przybył 49 minut przed czasem! Przybył zatem i wybawił nas od żartu skisłego i pękających ze śmiechu brzuszków. Występ się zaczął od suportu suportu, czyli że Bartosz Pan przedwystąpił przed Panem (imienia i nazwiska nie pamiętam), który miał wystąpić przez Panem Bartoszem, co też ostatecznie miało miejsce. Dowcipasy z drugiego rzędu źle przyjęły Pana suportującego, nieładnie jemu dogadywały i ogólnie brzydale to były. Fakt, nie był to występ porywający, ale też bez przesady, bo się skończył i na scenę wszedł gwóźdź programu. Wiadomo, nie będę opisywał, nie jestem obiektywny, bo jestem pomponiarą Pana Bartosza. Po prostu odpowiada mi ten rodzaj dowcipu, myślosplotu, absurdu, abstrakcji i ogólnego podejścia wliczając w to także podejście szczególne. Zgadza mi się również w tych występach – co nie jest bez znaczenia - ilość kurew na metr kwadratowy. Było miło, ale się skończyło. Ha, ha, ha. A na koniec miżona kupiła płytę CD, z rapowanymi utworami Pana Bartosza. Kupując zapytała go tylko, czy to da się tego słuchać i odpowiedź twierdząca, nie była z tych przesadnie twierdzących. No, ale pieniądz powędrował do twórcy, a ja płytę z autografem kolekcjonerskim mam. Mam i słucham. „Papież wiedział i nie powiedział”.


Ekshibicjonizm czyli pokazywanie. Goni pan po lesie w rozwianym płaszczu i widać, jak mu wisi i się kołysze, o wnętrze ud obija albo - gdy przystanie na chwilę, dla złapania oddechu - wtedy zza krzaka wystaje. Wystaje, bo pan pokazuje. A jak ktoś zobaczy to, co wystaje, to krzyk i lament i policja, psycholog, zawierucha i zamęt. No źle! A w sztuce? W sztuce można wszystko, tylko trzeba umić. Jak w sztuce pan pokazuje i panu wystaje, czy też pani - bo paniom też może wystawać i panie też mogą pokazywać (nawet, jak im nic nie wystaje) – to, jeżeli jest to zrobione we właściwy, sztukmistrzom dostępny sposób, to wtedy jest ok. To ok, teraz mogę podać tytuł utworu: „Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję”. Poszliśmy z Asią w ramach Festiwalu Teatralnego Kontakt. Dwie godziny i nie czułem dyskomfortu fizycznego, bo już w kategorii przeżywania, to i owszem, było to momentami przeżycie z kategorii trudnych. Umieranie człowieka, którego się kocha, jego bezsensowne cierpienie i bezradność, bezradność, bezradność… Sto, tysiąc, miliard razy powtórzona bezradność wobec tego, czego nie można zmienić (boli, ale cóż…), ale i wobec tego, co przecież jest tylko ludzką konwencją (spierdalajcie!)… Na spotkaniu po spektaklu pan Mateusz Pakuła powiedział, że teraz już wie, że dałby radę… Powiedział to tonem spokojnym. Nie wiem na ile można wierzyć takim deklaracjom, nie wiem czy ja mu wierzę, ale zawsze można przymierzyć się do brzmienia tytułu: „Jak zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego nie żałuję”. W Polsce. W XXI wieku. Z takim zapleczem kulturowo-społecznym, gdzie kościół katolicki i jego wpływ na życie jest jaki jest. Czy taką sztukę można byłoby napisać, opublikować, wystawić? Myślą, słowem, uczynkiem, zaniedbaniem. Dla  mnie ten spektakl, to kawałek prawdziwej sztuki. Wymyślony, zaplanowany, napisany, zagrany,  zrealizowany w sposób, który do mnie trafia.


Tak sobie teraz myślę o roli Kościoła Katolickiego w naszym życiu codziennym, ale to już temat na  zupełnie inną opowieść… Bo wtedy byłaby to na 100 % kronika niekulturalna. Może trzeba napisać  kronikę wulgarną?



wtorek, 23 kwietnia 2024

Serduszko danio na zawsze!

Danio regeneruje tkankę serca… Kurna! Miałem danio i zawsze lubiłem. Danio ryba, a nie jogurt! To jest wiadomość! Z rzeczy równie ważnych to kongres USA podjął decyzję w sprawie przyjęcia pakietu pomocy dla Ukrainy.

No i po wyborach samorządowych. W Toruniu, w wyborach na Prezydenta Miasta, Pan Michał Zaleski przegrał z Panem Pawłem Gulewskim. „Ski” przegrał z „Wskim” i to nie o włos, ale grubo, o warkocz Marusi, czy nawet Violetty. Paweł zamiast Michała, […]. Swoją drogą ciekawe, jak się Pan Michał odnajdzie w ławach opozycji po 22 latach na stanowisku prezydenckim, z trzema tylko kompanami
własnej opcji? Od rządzenia do głębokiej i marginalnej opozycji. To może być - tak zwyczajnie, po ludzku - mocno bolesne. Jakieś odruchy i postawa po niemal ćwierćwieczu mogły się w człowieku zagnieździć, a tu ni hu hu, nikt drzwi nie otworzy, nie ukłoni się, że o wykonaniu polecenia nawet nie wspomnę. A mogą znaleźć się i tacy, co będą brać odwet, w jakiejś tam formie… Wszak ustępujący Pan Prezydent nie słynął z łagodnego traktowania otoczenia. Jadąc kilka dni temu przez Gród Kopernika (nie mylić z Fromborkiem, który nosi miano grobu Kopernika) rzucił mi się w oczy baner – wtedy jeszcze wyborczy – Pana Zaleskiego, z odręcznym dopiskiem w brzmieniu nieprzychylnym, które brzmiało: „kurwa Rydzyka”. No bo tańce były, a ten balet, to - jak się wydaje - zaledwie niewielka część wspólnych występów. Okazało się, że to jednak rydzykowna gra.

Wracając na chwilę do kampanii wyborczej - dwa zdjęcia.


Klasyczne hasło, które – gdyby nie to, że jest prawdziwe – mogłoby tylko zostać wymyślone. Szukałem dokoła plakatu obszaru niezgody, zarysowanego pola walki, ale nie znalazłem. Pan Franciszek po prostu mówi NIE. Prawie jak u Pana Andrzeja, który rysuje.


No i jeszcze sprawy niby lokalne, ale jednak pojawia się pytanie: czy Amerykanie znają tę listę?


W Toruniu odbędzie się kolejna edycja Festiwalu Teatralnego Kontakt. Mamy zamiar rodzinnie wziąć udział i zobaczyć kilka spektakli. I to jest super, że dzięki uprzejmości ludzkiej jest na to szansa. Bo są to przedstawienia takie raczej fajne, prawdziwe, porządne, a nie „Akademia Pan Kleksa. Spektakl muzyczny”, na który - jakieś dwa tygodnie temu - wybraliśmy się do Gdańska… Matko święta… Już idąc po parkingu miałem złe przeczucia, bo na wydarzenie zmierzała stanowczo zbyt duża grupa małych księżniczek, wróżek i innych takich postaci w rozmiarze dziecięcym. Bilety kupowaliśmy
dawno, dawno temu, po premierze utworu „Całkiem nowa bajka” i oczywiście nowego filmu o Kleksie. Ta… Jakoś nam się poskładało, że będzie to raczej koncert, na którym wystąpią śpiewacy powyższego utworu, no ale sprawy nie były jasno postawione… Byliśmy w błędzie. Spektakl był zdecydowanie skierowany do dzieci, a największą jego atrakcją były bańki mydlane. Niestety, nawet jak na spektakl dla dzieci, było to zdecydowanie zbyt mało. Kupiliśmy kota w worku, który z worka uciekł i została sama kocia kupa. I brudny worek… Ale na Kontakcie będzie inaczej. Nadmienię tylko, że szkoda mi czasu i pieniędzy wydanych na to wydarzenie. Wiem… Sorry Asiu… Musiałem, to napisać. Za te cztery stówy mogliśmy nakupić sporo wódki. Przy okazji całego tego nieszczęścia dobre było tylko to, że znaleźliśmy w Gdańsku fajną knajpę chińską, która kiedyś była chińska, potem japońska, a teraz znowu jest chińska.

Zawsze są jakieś plusy, wystarczy je tylko wypatrzeć i zamienić na minusy.

czwartek, 28 marca 2024

Okrągłe nadchodzą

Czas rozliczeń nadchodzi. Bo ten rok jest/będzie (o ile się dożyje) rokiem okłągłym, w którym to strzeli pół wieku po przekroczeniu kanału rodnego i już ewidentnie zacznę staczać się ku śmierci i nicości. Koniecznym zatem będzie zaplanowanie godnych obchodów. Takich z laserami z oczu, dymem, orkiestrą, podskokami na jednej nodze i mocą życzeniowego myślenia. Że przychodzą ludzie i och, ach, fiu, fiu, jakże jest mi do-re-mi-ło na sto fajerek! Tylko durne „ce” wyśpiewywane falsetem z grubym facetem i fun-eberie! Jakbym to sobie miał sam zaprojektować i miał nieograniczony wyobraźnią budżet i miał sto pieniędzy wraz z kosztownościami, to na pewno byłyby kanapki ze smalcem ze szczęśliwych prosiaczków, którym tylko tłuszcz odessano i one nadal są tu z nami. W sumie, te prosiaki też bym zaprosił. Zaprosił i umaił. Ponadto każdy zaproszony otrzymałby karnet i upominek indywidualnie do niego dopasowany, a całość odbyłaby się w jakiejś bajeranckiej lokacji, żeby było i komfortowo i ciepło i przytulnie jednocześnie. Z częścią wspólną do przebywania razem, ale i wydzielonymi kącikami odosobnienia, w których można by regenerować akumulatory i siły sponiewierane/utracone/nadwątlone w zabawie. Byłyby też odczyty zaproszonych znamienitych gości i akcent muzyczny, tu – wiadomo – niespodzianka wieczoru, nie powiem kto, ale możemy się domyślać. I dużo, dużo światła: świece w kandelabrach, dyskretne kinkiety, strojne choiny w sznurach kolorowych lampek oraz oczywiście leflektory skierowane na gwiazdę wieczoru. Normalnie ogród rozkoszy ziemskich (tablica środkowa), z tym, że lekkie utytłanie, owszem umorusanie się w grzechu, ale w granicach spowiadalnych, bez bezguścia, bez oślizgłości, bez nieodwracalnych zmian w relacji. Tudzież zabawa i szał. W sumie ze trzy dni bym na to przeznaczył, także natężenie można by stopniować i siły rozkładać i zmartwychwstać. Więc jakby moja żona powiedziała: „Ja chcę na jachcie”, to by się dało zrobić i tam też część imprezy przeprowadzić. A jacht, jak to jacht na takie okazje. Szerokaśny, z trzema pokładami, wycieraczką, basenem, barierkami co lśnią, salą kinową, a może i dwiema, żeby się dało w jednej poważne europejskie kino ambitne z Albanii odtworzyć, a już w drugiej bardziej luźno, ze śmiechem komedie, ale też jednak na poziomie. Dźwięc, wiadomo, Dolby Surround. I pikle i śledzie w śmietanie i ziemniaki, na galowo, w mundurkach, a do wszystkiego szampan w kieliszkach wykonanych z czego sobie kto zażyczy, do tego stopnia, że z wafla też. I można przyjść na to całe wydarzenie z dziećmi, bo jest opieka zapewniona, w czasie kiedy rodzice oddają się uciechom i podskokom, opiekają kiełbaskę nad ogniskiem, to dziecko jest zabawiane, zaopiekowane, poddane właściwej dla wieku i zainteresowań przemocy symbolicznej. Można przyjść z dzieckiem, można w szalu, bo wieszaki będą żeby odwiesić, można dowolnie i bez ograniczeń, bo – jakby co – będzie się improwizować, ale z takim budżetem, to nie będzie improwizacja, tylko po prostu z kapelusza możliwości wydobycie odpowiedniego rozwiązania problemu. Także luz. Oczywiście kwestia używek, to już kwestia – jak było powyżej – do ogrodu rozkoszy ziemskich przypisana i tu też będzie grubo, z hukiem i bez hamulca, ale jednak z klasą. Wszystko jest dla ludzi i znajdą się ludzie do wszystkiego. Wietrzenie sal. Opieka medyczna. SPA. Kapłani kilku kultów i religii. Notariusz. Ale też mop, gdyby ktoś poczuł, że chce we własnym zakresie wydzieliny jakieś omieść dyskretnie i bez rozgłosu, żeby się na butach i w opowieści nie rozniosło, a nie, że niby nikt nie wie, ale jednak przy śniadaniu dziwnie patrzą… Także: komfort, bezpieczeństwo oraz tort. Bo jakże tak bez torta, tortu? Tortus tuus musi być. Komu grubiej, komu cieniej pokroić, a kto się wstrzyma nieważne, ale tort i świeczki to na sto procent. I to duży. Jak ten księżyc, co usłużnie przyświeca i odbija się w bezkresnej toni akwenu, przez który nasz jacht cicho sunie. Szczypta romantyzmu i ciszy też potrzebna. Pauza.



poniedziałek, 4 marca 2024

Urodziny w wigilię śmierci

Przemijamy… Tak, człowiek jest śmiertelny, ale to jeszcze pół biedy. Najgorsze, że to, iż jest śmiertelny, okazuje się niespodziewanie, w tym właśnie sęk! Wiosną widać to trochę mniej wyraźnie, ale tak właśnie jest. Pozory rozkwitu, narodziny, wzrost... Żywozielona trawa na mogiłach… - Iosif Wissarionowicz rozmyśla o przyszłych pokoleniach, które nadejdą tylko po to by przeminąć. Oczywiście, w międzyczasie wzniosą miasta, fryzury i plany na przyszłość zostaną misternie ułożone, a przysięgi - na wieczność - złożone i maszyna parowa będzie ludzi wozić do pracy. Damy im czas… Silenie się na refleksje, a tu przecież trzeba działać! Wódka sama się nie wypije, a jedzenie nie zje! Wieczorem ludzie przyjdą świętować, jeść te hamburgery, sałatki, owoce, ale jednak – przede  wszystkim – pić. I nawet ci niepijący będą musieli chociaż trochę powdychać i przesiąknąć atmosferą.  To już tylko za 28 lat, 4 marca, urodzi się Robert, który zorganizuje obchody z tej właśnie okazji.  Impreza odbędzie się wcześniej, w łikend, ale kto by się o te kilkanaście godzin sprzeczał, czy czepiał,  przecież to nie agonia. Na pewno nie Iosif Wissarionowicz, on też czeka na wieczór i zabawę. On tam  w przeszłości czeka, a tu w teraźniejszości, jest już po wszystkim – „już po balu, panno Lalu!”. Konkurs  wiedzy o solenizancie zgromadził dzikie tłumy uczestników, spośród których szanse miały może trzy,  może cztery osoby, ale cała reszta mogła się dobrze bawić i czegoś nauczyć. Przyda się na przyszły  rok! Na przyszły rok będzie jak znalazł, może pytania się powtórzą? Nie było tortu, nie było tańców,  nie było śpiewów, nie było bójek. Miejska impreza, dla ludzi kulturalnych i potrafiących się zachować  - nie tylko w formalinie. Prawie wszyscy tacy byli, ale niegodne wzmianki wybryki jednostek patologicznych nigdy nie ujrzą niczego poza ciasnotą celi puszki mózgoczaszki. Alkoholi nie zabrakło,  jedzenia było tak dużo, że para gospodarzy karmiła nim gości, jak głodne gołębie, jeszcze dnia  następnego. Spotkanie zorganizowano pod szyldem: NBA 90’s. Byli zatem zawodnicy, czirliderki, trenerzy i dzieci wycierające plamy potu z parkietu. Jubilat – oczarowany prezentami – dziękował wszystkim zgromadzonym, sypał żartami, siał czar i zbierał owoc posiewu swego. Takie to było  spotkanie w stylowych wnętrzach kamienicy z początku XX wieku, w której na pewno nie zagnieździła się żadna siła nieczysta. Iosif Wissarionowicz na swój sposób bardzo lubił Michaiła Afanasjewicza… Przewrotnie, na swój sposób.

piątek, 15 grudnia 2023

Grudzień 2023 nadal jest

Czytam książki. Autor: Jogre Luis Borgesa. „Alef” i „Powszechna historia nikczemności”. W tej drugiej pozycji ostatni kawałek: „O ścisłości w nauce”. I tak to sobie czytałem i skojarzyło mi się z czasami studiów, a konkretnie z uroczym esejem Jeana Budrillarda „Precesja symulakrów”. Hm… Poszukałem w sieci i znalazłem. Pierwsze zdanie tego tekstu: „Gdybyśmy mieli za najpiękniejszą alegorię symulacji uznać fikcję Borgesa, w której kartografowie Cesarstwa zarysowują mapę tak szczegółową, że w końcu pokrywa ona szczelnie całe terytorium […] – to fikcja ta zatoczyła względem nas pełne koło ima na co najwyżej dyskretny urok symulakrów drugiego stopnia.”. Tak… Pal sześć o co w tym chodzi, odłóżmy na bok „dyskretny urok symulakrów drugiego stopnia”, ale to zatoczenie koła! Za moment minie trzydzieści lat od kiedy zakończyłem studia, a tekst Boudrillarda musiałem czytać gdzieś tak w okolicach drugiego roku, na zajęciach z metodologii (tak mi się wydaje), które prowadził Pan Andrzej Zybertowicz (tego jestem pewien!). Co się w tej głowie dzieje i przechowuje na jakich zasadach, że czytając trzydzieści lat później Bourgesa, zupełnie bez świadomości, jedno skleiło się bezbłędnie z drugim? Czego jeszcze mogę się spodziewać, jakich wspomnień zza światów pamięci? Tak często wydaje mi się, że bez sensu było tyle lektur, popisane po marginesach książki itp., że to wszystko w piach, a tu takie zdziwienie. No i dobrze. Samo się zapamiętało, samo się pamięta i samo się przypomniało. Beze mnie. Wiadomo, że ostatecznie i tak bez sensu, ale mała satysfakcja jest. Może kolejna lektura, książka dr. Asi Podgórskiej „Tak działa mózg. Jak mądrze dbać o jego funkcjonowanie”, przyniesie odpowiedź na pytanie: jak to się dzieje? Oczywiście, że nie przyniesie. Także, to będzie kolejna miła i stracona lektura.


Zero nastroju przedświąteczniego. Różnie z tym u mnie bywało, ale tegoroczna edycja jest zdecydowanie the best of the best! Ani światełka, ani lastkrismasy, nic… Choiny, dzwoneczki, spacerujące po galeriach handlowych anioły, szał zakupowy, zagniatanie ciasta na pierniki, kolejne lampki o ciepłych barwach… Nic… Wykres jest płaski, nie dygnął. Póki co przynajmniej. Poniżej dwa poniżające obrazy świąt.




A wracając do pojeba Brauna, co świeczki pogasił, to nie ma do czego wracać. Notuję to, żeby – wiadomo – nie było, że nie było odnotowane. A teraz – koniecznie po odnotowaniu! – można/powinno się o tym zapomnieć, żeby nie było zapamiętane. Chociaż, jak powiadają niektórzy: historia naszą nauczycielką jest! - to jednak nie przesadzajmy z tą nauką. Najczęściej idzie ona w las.W tym momencie może po chojnę? A może tylko za przyziemną potrzebą?..

Pojebani ludzie z fochem i hejtem. Tak, trochę ich jest w okolicach. I nie ważne są ich poglądy. Po prostu walą z grubej, a niekiedy i bardzo grubej rury. Czasami ich gruba rura nie jest aż tak gruba, jak by chcieli, ale starają się swoją cienką grubą rurą i tak zrobić co tylko można. Bo tak! Bo mają rację! Oni zawsze mają rację, która usprawiedliwia, wręcz zmusza ich do grubej rury użycia. To jest warunek podstawowy. „Prawda was wkurwi!” – powiada pismo, a właściwie: „To, że oni czynią wbrew prawdzie, którą Wy znacie, to Was wkurwi! I to daje Wam prawo napieprzać dookoła słowem i gaśnicą!”. I już. Proste. Obrażanie, wykrzykiwanie, obsrywanie. Paskudy.

A przecież można sobie spokojnie zasnąć i spać.



czwartek, 30 listopada 2023

I to tyle

Śnieg leży. Na całej połaci. Nie mam nic do przekazania. Wpłacam na Szlachetną Paczkę. Jak czytam opisy rodzin, które czekają na pomoc, to robi mi się smutno. W tym roku święta będą inne. Wiadomo. Bardziej bez. Bez tych światełek. Bez tej choinki. Bez tych potraw. Bez domu, a ja będę trochę bezdomny. Wiadomo, że nie całkowicie, ale jednak już bez domu rodzinnego. Święta będą inne, ale będą.

Sejm obraduje, a ludzie na to patrzą. I to sporo ludzi. Sam też się przyglądam. I nawet słuchanie posłów PiS – wiadomo, że nie wszystkich – może mieć sens. Niektórzy z nich - wiadomo, że nie wszyscy – mówią z sensem. Ale to ci mniej znani. Może nowi? Może jeszcze się nie ogarnęli, może jeszcze ich patia nie dość uformowała we „właściwej” formule debaty publicznej. „Spluń na Tuska przez lewe ramię i się przeżegnaj, po czym wznieś oczy ku górze i przywołaj imię Jarosława Najczystszego, Najmędrzejszego, Stworzyciela Pensji i Premii, który Nigdy Nie Odejdzie i Po Wszystkie Czasy Władał Nam Będzie Nami, a i te kurwie wszeteczne przylezą kiedyś z podkulonymi ogonami i będą (nas) J E G O!!! błagać o litość, ale ni huja nie będzie litości, dla tych kurwiów i zaznają potępienia, alchajmera, nerwobóli, drgaw i innych plag, tak nam dopomóż Jarosławie Jedyny, Niepodzielny, Gronostaju, Orle, Hefalumpie Przenajlepszy. Jamen”.

Jest też oczywiście gwiazda sejmu Pan Marszałek Szymon Hołownia. Mnie się póki co podoba i nie będę polskim zwyczajem już „bał się na zapas”, że… Ma chłop szybkość reakcji i szeroki zasób słów, a przy tym dość dużą odporność na chaos.

Acha… No powołany został rząd Mateusza Morawieckiego, ale tym nie ma sensu się zajmować. Odnotowuję dla porządku. Fakt miał miejsce.

Przebiegłem mój zaplanowany i założony na ten rok dystans minimum. Teraz biegam, bo lubię…

A poza tym: wojna w Ukrainie i Strefie Gazy. Straszne rzeczy. Wiadomo. Strach oglądać telewizję.

Ponadto: Paweł bez roboty włóczy się po okolicy i rozwozi małe karteczki, które - mimo mrozu i zgrabiałych palców – przykleja na słupach i przystankach. „Psa wyprowadzę”, „Zaplanuję Twoje samobójstwo – transport zwłok i mylenie tropów gratis”, „Złom zbieram”, „Twój gruz przyjmę jak swój i będzie bezpieczny”, „Św. Józef do żywej szopki, jak żywy (2 kolędy/h w cenie)”, „Odstraszanie szpaka - nęcenie wróbla i pszczoły (jako zapylaczy) – od marca”, „Hejt okolicznościowy – na osiemnastkę, kolejną rocznicę ślubu, zebranie wspólnoty mieszkaniowej. Anonimowo”, „Model. Tylko poważne propozycje od klas artystycznych. Zakres usług: nagość niedoceniona. Dogadamy się”, „Transport drobnych paczek z punktu A do punku G”. Jeździ ów młody człowiek po okolicy. Uważajcie. Wypatrujcie. Pomóżcie. Ida święta. Niekatolicy też chcą jeść. I ich dzieci też.

Są tysiące kwestii, które mnie nie zaprzątają. Ale przecież patrzę i widzę. I to tyle.


Idą. I nadejdą.