niedziela, 18 października 2015

Roberta śniłem


Roberta śniłem… Tak, dzisiejszej nocy śniłem Roberta i nie wiem, co to może znaczyć? Śniłem go z pełnym szacunkiem, w ubraniu i z przyzwoitą fryzurą, ale jednak śniłem… Nocą… Tylko on śniony i ja jego śniący... En face… Boże… Są podstawy do lęku? To bliżej śnieniu zębów, czy wręcz przeciwnie - stóp? Nie wiem, nie wiem… Oczywiście spróbowałem od razu w Internecie, ale nic z tego, hasło nieznane! Przecież nie mogę być pierwszy z takim snem na świecie! Miał ktoś tak?! Coś mi się w domu popsuje, zaśmierdnie coś, czy może raczej znajdę 5 zł? Zupełnie nie wiem czego się spodziewać, a chciałem jeszcze do sklepu wyjść po jedzenie… Zwykły dzień, zwykłe życie, ale nie po takiej nocy, nie po takim śnieniu… Czyżby był to ZNAK?

piątek, 16 października 2015

Wypowiedź programowa z elementami realizmu



Jesień, czas prawomocnych załamań nerwowych i upublicznienia smutku… Właśnie teraz można wyjść z cienia i o cieniu opowiedzieć, właśnie teraz jest dobry moment na komingałt, a zatem:

Mam na imię Arek. Smutny jestem od 6 roku życia, a właściwie, to od tego momentu pamiętam, że jestem smutny. Niestety jest bardzo możliwe, że przedtem też byłem smutny, że już w prenatalnej ciemności uśmiechałem się rzadko, a jeżeli w ogóle, to głupio, jak głupi do sera… Mam też przeczucie, że w tej pierwszej kąpieli raczej tonąłem niż utrzymywałem się na powierzchni i tam właśnie doznałem pierwszych, od razu nieodwracalnych, urazów mózgu. Szkoły i konieczność uczęszczania do nich, to był obowiązek ponad moje siły, a jednak go spełniałem. Nie przykładając się do nauki z trudem zdobywałem promocje do kolejnych klas, pierwsze półrocza niezmiennie przynosiły zagrożenia i wymuszały na mnie obietnice poprawy. Uczyć się po prostu nie byłem w stanie, bo tak mi było smutno i taki bezsens wszelkiej działalności wyzierał zewsząd. Nieuchronne widmo śmierci wisiało mi nad wszystkim. Gubiłem masę rzeczy, cierpiałem na lęki matematyczne, zapisując się na karate w wieku lat piętnastu robiłem to wyłącznie z przyczyn towarzyskich, byłem absolutnie przekonany o tym, że zaczynam o jakieś 8 lat za późno! Od dziecka stary, smutny, zmęczony i bez perspektyw… Szklany człowiek w wieży melancholii… Tak… Marek Raczkowski narysował komiks, który w 200 % oddaje klimat mojego dzieciństwa, przy czym w odniesieniu do tego obrazka, to ja jestem obiema przedstawionymi postaciami..


Był mrok, załamanie nerwowe i katar. I właśnie w takim klimacie trwam od ponad czterdziestu lat! Bez uśmiechu i bez nadziei… Okresowo pojawiają się jeszcze światopoglądowe bóle w krzyżach, a że kraj katolicki, to nawala mnie z dużym natężeniem i wszędzie. Nocami zaś dręczy mnie bezsenność, do tego stopnia, że nawet śpiąc śnię o tym, że nie śpię, w związku z czym po przebudzeniu jestem zmęczony, jakbym rzeczywiście nie spał… W pracy używają mnie jako przycisku do krzesła, a krzesło jest stare, wypłowiałe i skrzypi… Nikt mnie nie lubi, nikt mnie nie szanuje, nikt nie pokłada we mnie nadziei… Kiedy w radio gra piosenka „ You are so beautiful to me”, to ja nieodmiennie słyszę w to miejscu “You are so fuckin’ shit to me”… A za oknem jak nie deszcz, to susza albo za zimno, albo za ciepło i rolnicy wciąż protestują… Klimat nijaki, bo umiarkowany…

Reasumując: wszechogarniający smutek i dolina. Ale! Tu apel niemal poległych: nie bójmy się mówić o smutku! My wszyscy nie robiący karier, nie osiągający założonych celów – ba! – nawet celów tych sobie nie zakładający, bo przecież nie damy rady! My - masa beznadziei, my - przegrani, bez talentu i konceptu, my - pragnący tylko snu i spokoju, zatrudnień w muzeach, najlepiej od razu w roli eksponatu! Nie bójmy się stawać wobec radosnych i pełnych wigoru, wobec tych spełnionych i kierujących swoim życiem, nie bójmy się – choć to całkowicie wbrew naszym nawykom i nie-możliwościom! – patrzeć im w oczy i stawać im kością w gardle! Bo kiwając się bezsilnie na naszych krzesłach, czy grzęznąc w banalnych pracach codziennych, to przecież my znamy prawdę, to my dotarliśmy pod podszewkę wchechświata, a oni są po prostu głupi! Nie dajmy się! W skrajnych przypadkach smutku odcinającego dopływ tlenu proponuje nawet leczenie i środki farmakologiczne, walczmy! My też mamy prawo żyć! No, chyba, że nie chcemy. I żeby nie było niedomówień: ja nie podżegam do nienawiści, ja podrywam do aktywniejszego leżenia!

Tak. Jesień. Tyle manifestów ideologicznych. A ze spraw bieżących i wracając może na stronę realizmu, to syn notuje sukcesy rynkowe. Postanowił wydawać gazetę… I wydaje. Numer pierwszy, całkowicie przez niego stworzony, rozszedł się - póki co – w licznie 7 egzemplarzy. Cena 0,50 zł, przy czym panie ze szkoły kupowały po zecie za sztukę. Przychody ze sprzedaży zostały tezauryzowane.

Sytuacja w kraju się nie zmienia. Dopiero po wyborach spadnie na nas lawina szczęścia. Na ten moment jest, jak było.

Męska reprezentacja w piłce siatkowej odpadła z turnieju finałowego Mistrzostw Europy i jest to właściwie jeszcze jeden argument za tym, że życie nie ma sensu, a siatkówka to już w ogóle… Komentatorzy od piłki nożnej mówią w takich momentach: „właśnie za to kochamy ten sport, to jest właśnie ta nieprzewidywalność piłki nożnej!”. Oświadczam: niech się bujają piewcy absurdu i chaosu w grach zespołowych! Niech ich zdejmą z anteny lub też na antenach porozwieszają! – oto mój głos w dyskusji. Oświadczenie nie zawiera może wszystkich emelentów, które powinno, ale mam na to wywalone. Emocje są w strzępach, to i styl bardziej podły niż zwykle.

Poza tym było kilka wyjazdów.
Byliśmy w Sopocie:


Byliśmy na grzybach:




Spacerowaliśmy po Olsztynie i okolicach, gdzie dla spragnionych udziału w imprezach muzycznych postarano się o formę kontynuacji znanej ogólnopolskiej zabawy ludycznej :






Indywidualnie bawiłem we Warszawie:





Syn Wiktor rozpoczął był rok akademicki w ramach Uniwersytetu Dziecięcego na UMK:




Teraz zaś znowu deszcz pada. W ramach poprawiania nastroju proponuje piosenkę Pana, który występuje pod hasłem Kortez.

 

czwartek, 24 września 2015

Post faktum - czyli post z faktami, przynajmniej kilkoma



W głowie mam pomiętą kulkę papieru. I tak chodzę, prowadzę samochód, rozmawiam, pracuję i żyję. Nie wiem kiedy i kto dokonał operacji wymiany organu oryginalnego na zamiennik. Czasem zastanawiam się, co jest na tej kartce zapisane, ale w sumie, co to za różnica?..

Rok się zaczął. Młody chodzi do szkoły, ja chodzę do szkoły, Asia – trochę mniej, ale też – chodzi do szkoły. Poza szkołą: basen i karate. A do tego jeszcze tańce i być może łyżwy… Dobrze, że póki co nie ma tematu korepetycji, gdyż syn nasz Wiktor jest zdolny bardzo i oczytany i pełen ogłady i kultury i wdzięku osobliwego – koledzy podziwiają, koleżanki mdleją, koty się łaszą, a kwiecie płatkami usyła przed nim drogi. Tak…

Na basenie wczoraj spotkaliśmy – w sensie minęliśmy się z nim – Pana Mariusza Lubomskiego. Nie śpiewał…

Zbieram dowody i szukam świadków,
na wszelki wypadek wszelkich wypadków.

Na basenie spotkaliśmy też sporą grupę dzieciaków i młodzieży będącej pod opieką jednej z fundacji zajmujących się osobami niepełnosprawnymi. Towarzystwo dostało do wody kilkanaście piłek do zabawy, z których przy okazji my też skorzystaliśmy. Już po powrocie do domu Wiktor skomentował:
- Tato, oni byli zupełnie inni niż dzieci z mojej szkoły.
Czekam na jakąś uwagę niekoniecznie poprawną politycznie.
- Jak piłka, którą graliśmy poleciała w ich stronę, to oni nam ją oddawali! U nas w szkole to by zabrali…

Piłka… Piłka siatkowa - gra okrutna. Zwłaszcza gdy przegrywasz, gdy o kilka punktów przegrywasz wszystko i stajesz się posiadaczem gustownej czarnej dziury. W głowie, w sercu, wszędzie. A tu Mistrzostwa Europy za pasem.

Poza tym podobno grzyby wyrosły, jak grzyby po deszczu! Kto wie, kto wie! Może w tym roku spacery po lesie nie będą tylko „dla zdrowotności”? Może znajdziemy wielkie prawdziwki, maskujące się sprytnie – ale nie przed nami! – kozaki, czy jak z obrazków w książkach dla dzieci podgrzybki! Na to liczę. I jeszcze na to, że po znalezieniu oddam tonę runa leśnego w dobre ręce, które towar oczyszczą i przetworzą. Oby.

Wrzesień póki co ciepły, nastroje póki co niezłe, zdrowie póki co nie szwankuje, więc ogólnie może być. Na koniec dowód na to, że byliśmy w Bieszczadach. Bo byliśmy. Pierwszy raz z Wiktorem i muszę przyznać, że dał chłopak radę! Przeszedł ponad 11 kilometrów, padał kilka razy i wstawał, pokonał słabości i przydeptał Bukowe Berdo. Bardzo było fajnie, a nawet - okropnie fajnie!

poniedziałek, 21 września 2015

Jednym zdaniem, dwoma... No...

Polska reprezentacja wygrała mecz w siatkówkę z ta drugą reprezentacją. Onet dał sobie z tym radę...

"Amerykanie nie byli w stanie wykończyć ataku, nie radzili sobie z zagrywką, nie istnieli na siatce, żaden element siatkarskiego rzemiosła nie chciał im wyjść, a piłka nie słuchała".

"John Speraw wezwał zespół na przerwę i nie wiedział jak reagować, bo jego ludzie byli zupełnie poza grą".

 "Szczęście było blisko, jeszcze Mika trafił z drugiej linii, po chwili poprawił "Kuraś" i set pędził ku końcowi (21:12)".

"Reprezentacja Polski została liderem Pucharu Świata, jako jedyna nie zaznała w Japonii smaku porażki i ma na koncie dziewięć zwycięstw".

Onet noł koments. Słuchaj, piłko! Ona nie słucha...

czwartek, 10 września 2015

Znowu nie umarłem...

I dalej nie żyję... Ale taka widać musi jest moja konstrukcja. Na obrzeżach istnieję. Gorliwie pisałem tydzień temu notkę i zawiesiłem się i właściwie nie mam chyba motywacji do się odwieszania. Znaczy notka "psu na budę" - nieświeża, zdezaktualizowana, cuchnie cudnie. Przejmująco.

Jesień jedzie z rozmachem. Szkoła spuszczona z łańcucha. Deszcze - momentami znerwicowane i niespokojne - innym też targają nerwy. Dnie - za dnia to jeszcze całkiem, całkiem, ale po zmroku... po zmroku, to już jest kompletna noc. A noce chłodne.

Ze szkieletowych konstrukcji dźwigających świat, dobrze że chociaż  łikendy pozostały nienaruszone. Cóż z tego jednak, skoro Polsat Sport News w sobotę o godzinie 5.00 rano pokaże mecz polskiej reprezentacji w piłce siatkowej... Ja nie wstanę?!

wtorek, 25 sierpnia 2015

Znowu w domu

Wróciliśmy z wyjazdów wakacyjnych. Wrażeń i wyrażeń moc! Nie mam jednak teraz głowy i czasu na relacjonowanie. A miasto po powrocie i owszem kwitnie. Powiedziałbym, że reaguje na sytuacje i się zmienia, nadąża. Właśnie. Może ktoś mi powie, co to jest, to co widać na zdjęciu poniżej, bo nie wiem czy wchodzić, czy może raczej omijać szerokim ukiem?



Dla słabowidzących informacja, że to jest "Real Golden Club - 7". Tak widnieje na szyldzie. O różnych Clubach słyszałem, w telewizji też coś mi tam mignęło, ale tak ekstrawaganckiego Clubu jeszcze nie miałem okazji zoczyć. Wygląda na większą toaletę, ale kto wie, może w środku są skarby i perły ukryte przed wieprzami? Może tam pod pod szarą i blaszaną zasłoną dzieją się rzeczy wielkie i godne polecenia?

Druga zmiana jest dla mnie łatwa do rozszyfrowania i przy okazji bardzo sympatyczna.


Mikołaj potrafi zagrywać nie takimi piłkami!

środa, 12 sierpnia 2015

Damy radę!



Czas ciurka. Powoli, cierpliwie i niby niewidocznie przelatuje mi przez palce, a jednak wypłukuje ze świata i ze mnie mikroelementy. Cenne, bezcenne. Znowu się wyludniło. Dwa tygodnie na urlopie spowodowały spustoszenia, a może tylko wyraźniej pokazały, jak się sprawy mają?.. E tam, nie ma co bawić się w retrospekcje, retrospekcje to nie jest zabawa. Twarda sprawozdawczość i wekowanie może nas nie uratuje, ale przynajmniej złagodzi pewne niedostatki.

Pierwszy tydzień urlopu. Nad morzem. Deszcz padał. Morze szumiało. Las szumiał. Żurawie krzyczały. Przed wyjazdem kupiłem „Książkę twarzy” Marka Bieńczyka. Przeglądając ją jeszcze w księgarni trafiłem na część dotyczącą sportu. Spodobało mi się. Niestety, nie cała książka to eseje dotyczące sportu. Nie przeczytałem całości i nie wiem czy dam radę. W części dotyczącej podróży przedarłem się przez kawałek dotyczący podróży do Brazylii i nie było lekko, ale - kto wie? - może się podniosę.
Więc nad morzem padało, prawie nie dało się biegać, dało się za to czytać, co Wiktor i Asia wykorzystali w sposób maksymalny. Ja nagrałem deszcz na dyktafon i teraz puszczam sobie tę ulewę przy 32 stopniach w cieniu. Poza tym graliśmy w piłkarzyki i mimo wszystko spacerowaliśmy po plaży. Jedyna próba założenia obozu zakończyła się po około 40 minutach przelotnym deszczem. Parawan nie pomógł. Od początku tygodnia prognoza dawała nadzieję, bo piątek zapowiadał się lepiej, kiedy jednak tego dnia otworzyłem rano oczy i uszy, to sprawa od razu stała się jasna z tym, że z ciemnym niebem. Mimo wszystko: sen do 9.00, a nawet 10.30 to jest okoliczność łagodząca, dla każdego - nawet pogodowo dramatycznego - dnia. Reasumując: spacerowaliśmy, czytaliśmy, oglądaliśmy filmy, spaliśmy. Znalazłem grzyba.

Drugi tydzień urlopu. Tu nastąpiła eksplozja kanikuły! Popłynęliśmy łódką. Na żaglach! Pogoda, jak mówi klasyk, „jak drut”! Towarzystwo - doborowe. Alkohol i owszem, zwłaszcza pierwszego wieczoru, uderzył do głów, zwłaszcza do mojej, tak, że uderzenie odczuwałem cały następny dzień, z wszelkimi możliwymi objawami chorób wieku młodzieńczego, może oprócz żałosnego zarzekania się, że „nigdy więcej” - duch pozostał nie złamany.
Najlepsze w pływaniu po wodzie w taką pogodę jest to, że prawie w każdym momencie można po prostu wyskoczyć za burtę i już. Jest się może nie od razu w raju, ale na pewno odstąpiło się o kilka kroków od piekła. Żeglowaliśmy zatem, taplaliśmy się, jadaliśmy najlepsiejsze frytki dostępne w punktach sprzedających żywność gotową, z jakimi dane mi było w życiu się spotkać. Słuchajcie, gdyby ktoś z trojga czytelników niniejszego bloga/blogu był w Siemianach, to z czystym (w tym zakresie) sumieniem polecam Bar na Skarpie i tamtejsze frytki. Są one robione z ziemniaków w sensie ścisłym i pierwotnym. Co prawda, w warunkach termicznych powyżej 30 stopni, przygotowanie dania wiąże się poniesieniem ofiar w ludziach, ale komu nie straszne jest jedzenie naznaczone ludzkim cierpieniem, potem, krwią i łzami, to polecam. Nam smakowało bardzo.
Z atrakcji, których nie zaznaliśmy, to nie dotarliśmy nad Jezioro Jasne, bo po przejściu jakichś 200 może 300 metrów w jawnym głosowaniu podjęliśmy decyzję o honorowym odwrocie. Za ciepło było na chodzenie po lądzie, zwłaszcza dla wilków morskich. Powróciliśmy zatem na okręt, w cień i pod wodę.
To był – pomimo ruchu – leniwy i bardzo stabilny tydzień. Wiało na tyle, żeby pływać, ale nie na tyle, żeby walczyć o życie. Słońce nawalało, ale od czego są czapki z daszkiem, okulary z ciemną szybą i kosmetyki chroniące przez poparzeniami! Wieczorami prawie nie występował komar polski. Zmywanie naczyń na brzegu, to była dodatkowa chwila wytchnienia w cieniu. Nawet nasze narzekania na skwar były kurtuazyjne i chyba nikt nie brał ich na poważnie. Teraz wiem, że gdzieś w tle rozgrywały się dramaty, ale póki nie otwiera się gazety, nie włącza radia czy telewizora, to świat jest piękniejszy. Umiera stanowczo mniej ludzi, choroby nie gnębią aż tak, a zamachowcy nie zamachują się złowrogo na innych. Raz widziałem, jak przypłynęło Wodne Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe i zabrało dziewczynkę, która najprawdopodobniej dostała udaru słonecznego, ale to było wszystko w tym temacie. Zaprawdę powiadam wam, było pięknie! Zrobiłem trochę klasycznych landszaftów, ale zatrzymam je może na ciemniejsze dni.

Tymczasem jest teraz.
32 stopnie w mieście, nie równa się 32 stopniom na wodzie. Matematyka zaczyna zawodzić i skomleć. Kiedy kładąc się spać o godzinie 00.00 wiesz, że pobudka będzie o 6.00, a nie pomiędzy 6.00, a 10.30, to inaczej patrzysz na zegarek. W ogóle orientujesz się, że na niego patrzysz… No i zmrok. Nadchodzi szybciej, dzień stał się krótszy. Różnic pomiędzy teraz i wtedy jest więcej, ale przecież nie będę tu prokurował wprowadzenia do załamania. Jak śpiewał jeden z cumujących na łodzi obok wilków morskich, wbrew ewidentnej flaucie, lekko zawianym głosem:

„Damy radę, Kapitanie,
Damy radę!”