A więc powrót! A więc koniec urlopu. A więc, już po wypoczynku! Teraz tylko męka, znój i trud. Trudno. Tak już jest, że każdy fus opada na tym łez padole. Paproch marny w uścisku niewidzialnej zgniatarki cytryn funkcjonującego rynku. A było tak fajnie… Się siedziało i słuchało, jak brzoza szumi. Na tarasie-balkonie się siedziało i nie było os, ani komarów, ani innych natręctw/natrętów. Ot, czasem Rejuszka zaszczekała na kruka, który przelatywał, na kolegę ze wsi, który zawołał „hau, hau”, na cholera wie co, że w końcu trzeba było łeb psu urwać!.. Ale tak, to nic… Spokój… Cisza. Drzewa szum. Wiatru szum. No i żurawie! To ich trąbienie! I książki się czytało. I tak po prostu nie robiło się nic. I nic się nie stało, Polacy nic się nie działo! Raz chyba telewizor włączyłem, żeby popatrzeć na zawody sportowe, ale szybko wyłączyłem, bo naszym nie szło, więc nie chciałem sobie psuć nastroju. W sumie: jacy tam oni nasi/moi, ci niby moi? – przemknęło mi przez myśl. Jakby im szło, to by byli bardziej nasi/moi, ale jak im nie idzie?.. Ech… Niech innym nie idzie… Nasz naród doświadczył miliarda nieszczęść, niech mi chociaż urlopu nie spieprzą takie historie, także wyłączyłem. Potem się tylko dowiedziałem, że dobrze zrobiłem, bo: „porażka”, „tragedia”, „koszmar”, „dziejowa porażka”, „wstyd” i „tak złego wyniku nie pamiętają najstarsi górale” i raz jeszcze „PORAŻKA”! Zatem. Powracam na plastikowe krzesełko na tarasie-balkonie i śniadanie jem do południa albo i dłużej. Bez pośpiechu. Kawę pijam. Cukier pochłaniam ponad normę. Nie odmawiam sobie. Co do alkoholu, to i owszem umiarkowanie, ale w stosunku do dawek standardowych, to i tak ponad standardowo. I ta brzoza tak szumi… I te żurawie tak krzyczą w oddali…
A z lektur, to wakacyjne dwie książki. Abelard Giza - „Otworzyć po mojej śmierci” i Tove Jansson -„Księga lata”. Obie bardzo nadające się do tych okoliczności wakacyjnych. I obie z krótkimi rozdziałami, co wybitnie mi się podobało, bo w takich mikrodawkach jestem w stanie przyjmować słowo pisane jakby łatwiej. Tak… Pomiędzy literkami przebłyskuje kwestia problemu z koncentracją…
Tak. Od jakiegoś czasu coraz bardziej irytuje mnie napór koncepcji w stylu kołczingowym, niosącej na transparentach hasło: „Wyjdź ze strefy własnego komfortu!”. Serio? Pół życia ledwo trafiam stopami we własne kapcie, a zapalając papierosa wkładam go do ust właściwym końcem! I co jeszcze? Mam wyleźć ze skorupy i tak kruchej i ruszyć?! A jak już nawet wyjdę, to dokąd niby mam się udać? Na pustynię, pogłodować i dać się spalić słońcem, zwiędnąć z pragnienia? Do kamieniołomu? Do obozu koncentracyjnego, żeby zdobyć sprawność koncentracji? W tłum czekający tylko na mnie i gotowy ukoić moje traumy? Nie, oczywiście że nie. To nie o to chodzi! Chodzi o rozwój i – poniekąd – moje dobro. Mam poczuć się chujowo, żeby już za moment poczuć się lepiej, a przynajmniej, żeby cośdobrego się ze mną stało, żebym zmienił się na lepsze. Tak… Na końcu tego tunelu jest światło, wystarczy że tam wejdziesz… Otóż nie kwapię się. Nie w tej wersji kołczingowej właśnie, a może nawet w każdej wersji, bo niby dlaczego miałbym to robić? Nie znam odpowiedzi. Po prostu, ta oferta nie jest dla mnie i wydaje mi się, że przyjmowana, powtarzana bezrefleksyjnie wyrządza więcej szkody, niż daje dobrego. Presja na ciągły rozwój, na zmianę, na dążenie, na nadążanie, na zapierdalnie w kierunku zachodzącego słońca, którym jesteś ty sam! Wyjdź ze strefy własnego komfortu… Ja – póki co, skromnie - chciałbym znaleźć się w strefie własnego komfortu…
Dlatego powracam na plastikowe krzesełko na tarasie-balkonie i zjadam jeszcze jednego wafelka. Tak. I nawet kiedy jechaliśmy nad morze, to miałem ze sobą namiot na słońce, ubranie na słońce i sprej na słońce, że o kapeluszu na słońce nie wspomnę, co niniejszym uczyniłem. Nie miałem tylko armaty na słońce, ale nie jestem aż tak zadziorny. Chroniąc siebie, nie szkodzę innym. Nie zestrzeliwuję ciał niebieskich, bo taką mam w danym momencie zachciankę i wizję rozwiązania problemu raka skóry. Ja grubo smaruję się smarem z filtrem UV 50, zakładam bluzkę z długim rękawem, kapelusz i wchodzędo namiotu. Czasem wchodzi też pies. Tak, ten zaciukany na tarasie-balkonie za ujadanie na świat. I tam siedzę. Sobie i światu. Leżę. Państwu i miastu. Na jednym boku, aż zdrętwieje, na drugim boku, aż zdrętwieje, na plecach, aż już się nie da dłużej. Przebywam w strefie własnego dyskomfortu, w małym namiocie. Ale żeby też nie było, że już nic więcej, bo przecież poszedłem do wody! Do morza naszego. I co? Paluchami niechcący - płynąc - dźgnąłem meduzę… I wyszedłem. Bez obrażeń, ale trochę jednak zniesmaczony tym kontaktem. A co ona o tym pomyślała? Pewnie rzuciła grubą wiązką meduzich kurew pod moim adresem… Wyobraź sobie, że swobodnie unosisz się na fali, na fali falujesz, kołyszesz się. Normalnie może zemdlić, ale nie ciebie… Ty jesteś meduzą, nie mdli cię to, jest ok, spoko, miło, przyjemnie. Zasolenie w normie, temp. wody w normie, na wszystkich stanowiskach ratowników powiewają białe flagi. Aż tu nagle: jeb! Strzał w sam środek galarety! Kurwa! I tyle z bycia w strefie własnego komfortu… Akweny otwarte, tereny nieogrodzone, żadna tam strefa VIP. Bałtyk… Morze ciepłe tylko w okolicach kąpiącej się właśnie grupy dzieci, które wypiły za dużo koli i piwa…
Zatem… Koniec urlopu.