piątek, 28 sierpnia 2026

Pour lopie

A więc powrót! A więc koniec urlopu. A więc, już po wypoczynku! Teraz tylko męka, znój i trud. Trudno. Tak już jest, że każdy fus opada na tym łez padole. Paproch marny w uścisku niewidzialnej zgniatarki cytryn funkcjonującego rynku. A było tak fajnie… Się siedziało i słuchało, jak brzoza szumi. Na tarasie-balkonie się siedziało i nie było os, ani komarów, ani innych natręctw/natrętów. Ot, czasem Rejuszka zaszczekała na kruka, który przelatywał, na kolegę ze wsi, który zawołał „hau, hau”, na cholera wie co, że w końcu trzeba było łeb psu urwać!.. Ale tak, to nic… Spokój… Cisza. Drzewa szum. Wiatru szum. No i żurawie! To ich trąbienie! I książki się czytało. I tak po prostu nie robiło się nic. I nic się nie stało, Polacy nic się nie działo! Raz chyba telewizor włączyłem, żeby popatrzeć na zawody sportowe, ale szybko wyłączyłem, bo naszym nie szło, więc nie chciałem sobie psuć nastroju. W sumie: jacy tam oni nasi/moi, ci niby moi? – przemknęło mi przez myśl. Jakby im szło, to by byli bardziej nasi/moi, ale jak im nie idzie?.. Ech… Niech innym nie idzie… Nasz naród doświadczył miliarda nieszczęść, niech mi chociaż urlopu nie spieprzą takie historie, także wyłączyłem. Potem się tylko dowiedziałem, że dobrze zrobiłem, bo: „porażka”, „tragedia”, „koszmar”, „dziejowa porażka”, „wstyd” i „tak złego wyniku nie pamiętają najstarsi górale” i raz jeszcze „PORAŻKA”! Zatem. Powracam na plastikowe krzesełko na tarasie-balkonie i śniadanie jem do południa albo i dłużej. Bez pośpiechu. Kawę pijam. Cukier pochłaniam ponad normę. Nie odmawiam sobie. Co do alkoholu, to i owszem umiarkowanie, ale w stosunku do dawek standardowych, to i tak ponad standardowo. I ta brzoza tak szumi… I te żurawie tak krzyczą w oddali…

A z lektur, to wakacyjne dwie książki. Abelard Giza - „Otworzyć po mojej śmierci” i Tove Jansson -„Księga lata”. Obie bardzo nadające się do tych okoliczności wakacyjnych. I obie z krótkimi rozdziałami, co wybitnie mi się podobało, bo w takich mikrodawkach jestem w stanie przyjmować słowo pisane jakby łatwiej. Tak… Pomiędzy literkami przebłyskuje kwestia problemu z koncentracją…

Tak. Od jakiegoś czasu coraz bardziej irytuje mnie napór koncepcji w stylu kołczingowym, niosącej na transparentach hasło: „Wyjdź ze strefy własnego komfortu!”. Serio? Pół życia ledwo trafiam stopami we własne kapcie, a zapalając papierosa wkładam go do ust właściwym końcem! I co jeszcze? Mam wyleźć ze skorupy i tak kruchej i ruszyć?! A jak już nawet wyjdę, to dokąd niby mam się udać? Na pustynię, pogłodować i dać się spalić słońcem, zwiędnąć z pragnienia? Do kamieniołomu? Do obozu koncentracyjnego, żeby zdobyć sprawność koncentracji? W tłum czekający tylko na mnie i gotowy ukoić moje traumy? Nie, oczywiście że nie. To nie o to chodzi! Chodzi o rozwój i – poniekąd – moje dobro. Mam poczuć się chujowo, żeby już za moment poczuć się lepiej, a przynajmniej, żeby cośdobrego się ze mną stało, żebym zmienił się na lepsze. Tak… Na końcu tego tunelu jest światło, wystarczy że tam wejdziesz… Otóż nie kwapię się. Nie w tej wersji kołczingowej właśnie, a może nawet w każdej wersji, bo niby dlaczego miałbym to robić? Nie znam odpowiedzi. Po prostu, ta oferta nie jest dla mnie i wydaje mi się, że przyjmowana, powtarzana bezrefleksyjnie wyrządza więcej szkody, niż daje dobrego. Presja na ciągły rozwój, na zmianę, na dążenie, na nadążanie, na zapierdalnie w kierunku zachodzącego słońca, którym jesteś ty sam! Wyjdź ze strefy własnego komfortu… Ja – póki co, skromnie - chciałbym znaleźć się w strefie własnego komfortu…

Dlatego powracam na plastikowe krzesełko na tarasie-balkonie i zjadam jeszcze jednego wafelka. Tak. I nawet kiedy jechaliśmy nad morze, to miałem ze sobą namiot na słońce, ubranie na słońce i sprej na słońce, że o kapeluszu na słońce nie wspomnę, co niniejszym uczyniłem. Nie miałem tylko armaty na słońce, ale nie jestem aż tak zadziorny. Chroniąc siebie, nie szkodzę innym. Nie zestrzeliwuję ciał niebieskich, bo taką mam w danym momencie zachciankę i wizję rozwiązania problemu raka skóry. Ja grubo smaruję się smarem z filtrem UV 50, zakładam bluzkę z długim rękawem, kapelusz i wchodzędo namiotu. Czasem wchodzi też pies. Tak, ten zaciukany na tarasie-balkonie za ujadanie na świat. I tam siedzę. Sobie i światu. Leżę. Państwu i miastu. Na jednym boku, aż zdrętwieje, na drugim boku, aż zdrętwieje, na plecach, aż już się nie da dłużej. Przebywam w strefie własnego dyskomfortu, w małym namiocie. Ale żeby też nie było, że już nic więcej, bo przecież poszedłem do wody! Do morza naszego. I co? Paluchami niechcący - płynąc - dźgnąłem meduzę… I wyszedłem. Bez obrażeń, ale trochę jednak zniesmaczony tym kontaktem. A co ona o tym pomyślała? Pewnie rzuciła grubą wiązką meduzich kurew pod moim adresem… Wyobraź sobie, że swobodnie unosisz się na fali, na fali falujesz, kołyszesz się. Normalnie może zemdlić, ale nie ciebie… Ty jesteś meduzą, nie mdli cię to, jest ok, spoko, miło, przyjemnie. Zasolenie w normie, temp. wody w normie, na wszystkich stanowiskach ratowników powiewają białe flagi. Aż tu nagle: jeb! Strzał w sam środek galarety! Kurwa! I tyle z bycia w strefie własnego komfortu… Akweny otwarte, tereny nieogrodzone, żadna tam strefa VIP. Bałtyk… Morze ciepłe tylko w okolicach kąpiącej się właśnie grupy dzieci, które wypiły za dużo koli i piwa…

Zatem… Koniec urlopu.

środa, 22 lipca 2026

Niedotleniony B(l)ó(z)g Mózgu

W międzyczasie Kazik spotkał się z Bogiem pod postacią mężczyzny w stroju rowerzysty. Wizja i spotkanie poprzedzone zostały serią niefortunnych wypadków i zawirowań zdrowotnych oraz nadmiarem alkoholu. Brzmi źle i na pierwszy rzut oka obniża rangę spotkania, a może wręcz przenosi je w rejony urojeń, ale… Jak przychodzi do nas Bóg, bóg, zjawa, COŚ, moc?

Podczas wycieczki do Gruzji zemdlałem. Z opisu mojej żony wynika, że właściwie umarłem. Oczy otwarte i niewidzące, oddech charczący (taki raczej agonalny), no i pozycja stanowczo leżąca. Włos matowy, ręka, noga, figura cała skrajnie zwiotczała. Leży. Na chodniku. Ostatnie co pamiętam, to że wiem, że za moment padnę i łapię za jakiś słupek, żeby przy nim, niby tancerka erotyczna, co przy rurze tańczy, wypierdolić się malowniczo na chodnik. Oczywiście nie podejrzewam się o przesadną grację w tym upadku, ale nie miałem rozbitej głowy, ani innych obrażeń, jakich pewnie mogłem się nabawić, więc generalnie: poszło dobrze. I tak: dla nich to ja jestem zdechlak, półtrup, worek, kłopot, a dla mnie? Hm… Dla mnie to ja jestem nie wiadomo co - czyli właściwie dzień, jak co dzień. Tym niemniej jakoś tam jestem i jestem gdzieś, i… z kimś gadam. Nie widzę, czy jest w stroju rowerzysty, ale nie jest to wykluczone. Jest spoko. Było spoko. Było bardzo spokojnie. Do tego stopnia, że kiedy zacząłem wracać do realu, to nie było to miłe… Ewidentnie wychodziłem ze strefy, w której czułem się komfortowo. Po oczu otwarciu zaś spotkały mnie zatroskane, smutne, przestraszone twarze, wilgotne podłoże i zamieszanie. I żeby nie było: ja to rozumiem, ja jestem wdzięczny za zainteresowanie i pomoc - choć nikt nie zrobił zdjęcia ni filmiku! Skandal! Jestem wdzięczny za ten dywanik, który pani mieszkając w okolicy przyniosła, za to nóg trzymanie w górze i ogólnie za zaangażowanie. Nawet karetka została wezwana i dostałem tabletkę! Do karetki wsiadłem, doprowadzony pod ramiona, tabletkę pożarłem, bez świadomości, co to właściwie jest i wszystko skończyło się dobrze. Czy ja do czegoś zmierzam w tym wynurzeniu? Czy ja się aby w złym kontekście nie umieszczam? Czy nie kieruję się w regiony, rewiry zakazane dla rozsądnych, światłych (choć nie oświeconych) ludzi z mojego kręgu, z bańki/bajki mojej? Może tak być… Ale ja niczego nie przesądzam, niczego nie sugeruję, ja po prostu mówię, co mi się przytrafiło. W sumie, w ciągu ostatniego (chyba) roku padłem dwa razy… W różnych okolicznościach, z różnych, skrajnie odmiennych powodów, ale za każdym razem powroty odbyły się w atmosferze: „a dajcie wy mi spokój, tu jest spoko”. Za każdym razem właśnie ucinałem sobie z kimś przyjemną pogawędkę, a tu szturchanie, nawoływanie i rzeczywistość… Halucynacja… I nie była to milcząca halucynacja.

22 lipca, to Światowy Dzień Mózgu. Wiadomo, nie wszyscy obchodzą, np. meduzy, czy bloby, ale w sumie… Czy jak ja na przykład (i na dzień dzisiejszy) nie jestem kobietą, to mogę świętować, obchodzić Dzień Kobiet? No mogę! Mogę, a nawet powinienem, a zatem: niech w tym dniu świętują wszyscy! Zawsze przecież można cieszyć się tym, że ktoś obok mózg ma! Z drugiej strony, jak mocne jest założenie, że posiadanie mózgu, to coś dobrego. Przechodząc na grunt wyrażeń potocznych i nawiązując do niedawnego wyroku dla Łukasza Żaka (sprawca wypadku samochodowego – ok. 226 km/h po mieście, w wypadku zgiął mężczyzna), sędzia zadał pytanie: „Myślę, co trzeba mieć w głowie, żeby rozpędzić Volkswagena Arteona, to jest mały czołg, do prędkości ponad 200 kilometrów na godzinę. To nie ma nawet szans na reakcję”. A zatem, samo posiadanie mózgu, to jeszcze nie jest aż taka wygrana na loterii! Mózg, jak nóż, to tylko narzędzie. Można nim pokroić chleb, ale można też…wiadomo… wyryć na drzewie: „kocham ciebie”… kłamliwa deklaracja… A od jakiegoś czasu coraz mocniej mi doskwiera ta wizja, że ja, to właściwie taki tandem: ja i mój mózg. A w sumie czy to wiadomo: czy ja mam mózg, czy może raczej, to mózg mnie ma? Mniemanie takie… I czasem ma mnie w sobie, a czasem ma mnie gdzieś. Sprawy komplikują się zaś jeszcze bardziej, kiedy dowiaduję się, że mózgi są dwa… A ten drugi to jelita… No… Nie jest łatwo. Już ten jeden mózg, ten w głowie, jest tak skomplikowany i jego funkcjonowanie tak złożone, że trudno to rozkminić, a kiedy w grę wchodzi jeszcze ten drugi, skolonializowany przez dziką mikrobiotę, rządzącą się swoimi prawami, sprawy stają się skrajnie zawiłe i trudne. Łatwiej już zemdleć i spotkać przyjaciela w stroju rowerowym…

W międzyczasie zaś okazało się, że pierwszy raz odkąd mamy syna, nie pojedzie z nami na wakacje. On (i jego dwa mózgi) wybierają się w inne regiony. No i bardzo dobrze. Czas nadszedł. W międzyczasie nadszedł. Czas. I prze mijanie. Coraz mocniej. Napiera. Widzę to. W sumie, zawsze widziałem, ale teraz jeszcze wyraźniej. Odczuwalniej. Na własnej skórze, ale i na skórze innych też.

czwartek, 16 lipca 2026

Sezon ogórkowy

Widmo suki unosi się nade mną. Przyszłość nadeszła. Teraz to już nie ma to-tamto, syn ruszył na studia, wyszedł z przysiółku, wypłynął na szerokie wody, a suka została. I teraz to już moja poranna rutyna. Póki co: lato, które - nawet kaprysząc i grymasząc - jest wygodne i przyjazne, w porównaniu z takim grudniem mrocznym, zimnym i zakichanym. Więc póki co, jest spoko, ale… Zawsze jest jakieś ale… Bo wiem, że przyszłość nadejdzie. Za każdym, kurwa, razem nadchodzi. Raz, za razem. Co odemknę oko: tup, tup: jest. Biorąc sukę do domu, na wychowanie i służbę (dla niej) wiedziałem, że ten dzień nadejdzie, ale co to znaczy wiedzieć, że coś się wydarzy?.. Taka wiedza, to suchy prowiant w koszyczku Kapturka, który zmierza wiadomo gdzie. Niby to masz, ale jest niewiele warte. Chyba, że dla skrajnie wycieńczonej babci albo jako przynęta dla serio już wygłodzonych zwid fitnessu. Zostawmy to… Czas płynął suka zaś rosła, rosła i wyrosła… Całe pięć kilo! Bydle, potwór, na dzielni znana pod imieniem Azog Plugawy vel Biały Ork. Z małego kłębka nerwów zamieniła się w większy kłębek nerwów i stworzenie ewidentnie stworzone przez Pana Boga do walk w klatce albo po prostu do napierdalania się wszędzie. Bellum omnium contra omnes… Wprost na ulicy. Im większy przeciwnik, tym więcej krwi będziemy mogły się nachłeptać – mówi do mnie podczas spacerów. Nie ma stracha! Nie ma hamulca! Boga nie ma i nie ma litości! A odpowiedzialność?! - pytam czasem, ale ona tylko śmieje się dziko i mówi: jeb się kurwiu, to wasza ludzka przywara. Ja jestem frilanserem branży przemocowej i nie jęcz, bo kiedy zaśniesz kolejnej nocy, to skończy się twoja przygoda… No… Tak trudno z tych białych łapek zmyć biologiczne ślady przemocy… Ale robię to, współuczestniczę, kopię dołki na klombach, pogruchotane resztki owczarków niemieckich wywożę do lasu… Dzień po dniu. A to przecież dopiero początek, no dobra, środek tego koszmaru.

W międzyczasie zaś oglądam spotkania (tak się mówi) piłkarskie, czyli mecze w rozgrywanych właśnie Mistrzostwach Świata. Za chwilę finał. Argentyna – Hiszpania. Ha! Pierwsze pamiętane przeze mnie – jako-tako – mistrzostwa świata w piłce nożnej, to te z 1982 roku. W Hiszpanii właśnie. Pamiętam wyludnione ulice podczas meczów Polaków i pamiętam krzyk z okien, kiedy padały kolejne bramki w spotkaniu z… Peru. Kurczę blade! 44 lata. Lata bezświetlne i prześwietlone. Pomieszane. A w piłkę się gra i wciąż ogląda. Że bez reprezentacji naszego kraju? - może to i lepiej. Za to z Donaldem Trumpem, który ma moc anulowania kary, jaką piłkarz otrzymał za faul. Istne szaleństwo! Kiedyś było prościej… Takiego manewru nie wykonał chyba nawet żaden przywódca kraju totalitarnego. Nie kojarzę. Nie w tzw. czasach współczesnych, a już na pewno nie premier, czy prezydent kraju w nurcie demokracji liberalnej. A w USA? I owszem.

USA, to osobny rozdział… I nawet nie będę się tego tik-tykał. Tam jest wszystko i jeszcze więcej. Wojna na eksport. Zombie na ulicach. Kontrast do kontrastu. Nie znam się na tym, ale coś się rozpada w wizerunku, wizji tego kraju, jako – pomimo różnych realnie dostrzeganych kiedyś wad – miejsca, do którego warto pojechać, w którym dobrze byłoby żyć, po prostu obiektu marzeń.

Ceny paliw. Urosły. Spadły. Znowu rosną… Za wschodnią granicą nadal trwa woja, a prezydent Zełenski, cóż… już nie jest naszym wielkim przyjacielem. Prezydent Nawrocki, cóż… jeszcze nikomu nie przypierolił w świetle reflektorów, ale kilka razy ręka go świerzbiła. Ja nadal, po okręgu, przesuwam się na planszy stadionu osiedlowego, choć całość jest coraz bliżej krawędzi stołu tego świata i za moment spadnie w otchłań razem ze mną. Tegoroczna fala upałów doprowadziła do sytuacji, w której + 30 stopni Celsjusza, to już nie jest aż tak gorąco. I ogólnie, ech… Sezon ogórkowy nie istnieje.