W międzyczasie Kazik spotkał się z Bogiem pod postacią mężczyzny w stroju rowerzysty. Wizja i spotkanie poprzedzone zostały serią niefortunnych wypadków i zawirowań zdrowotnych oraz nadmiarem alkoholu. Brzmi źle i na pierwszy rzut oka obniża rangę spotkania, a może wręcz przenosi je w rejony urojeń, ale… Jak przychodzi do nas Bóg, bóg, zjawa, COŚ, moc?
Podczas wycieczki do Gruzji zemdlałem. Z opisu mojej żony wynika, że właściwie umarłem. Oczy otwarte i niewidzące, oddech charczący (taki raczej agonalny), no i pozycja stanowczo leżąca. Włos matowy, ręka, noga, figura cała skrajnie zwiotczała. Leży. Na chodniku. Ostatnie co pamiętam, to że wiem, że za moment padnę i łapię za jakiś słupek, żeby przy nim, niby tancerka erotyczna, co przy rurze tańczy, wypierdolić się malowniczo na chodnik. Oczywiście nie podejrzewam się o przesadną grację w tym upadku, ale nie miałem rozbitej głowy, ani innych obrażeń, jakich pewnie mogłem się nabawić, więc generalnie: poszło dobrze. I tak: dla nich to ja jestem zdechlak, półtrup, worek, kłopot, a dla mnie? Hm… Dla mnie to ja jestem nie wiadomo co - czyli właściwie dzień, jak co dzień. Tym niemniej jakoś tam jestem i jestem gdzieś, i… z kimś gadam. Nie widzę, czy jest w stroju rowerzysty, ale nie jest to wykluczone. Jest spoko. Było spoko. Było bardzo spokojnie. Do tego stopnia, że kiedy zacząłem wracać do realu, to nie było to miłe… Ewidentnie wychodziłem ze strefy, w której czułem się komfortowo. Po oczu otwarciu zaś spotkały mnie zatroskane, smutne, przestraszone twarze, wilgotne podłoże i zamieszanie. I żeby nie było: ja to rozumiem, ja jestem wdzięczny za zainteresowanie i pomoc - choć nikt nie zrobił zdjęcia ni filmiku! Skandal! Jestem wdzięczny za ten dywanik, który pani mieszkając w okolicy przyniosła, za to nóg trzymanie w górze i ogólnie za zaangażowanie. Nawet karetka została wezwana i dostałem tabletkę! Do karetki wsiadłem, doprowadzony pod ramiona, tabletkę pożarłem, bez świadomości, co to właściwie jest i wszystko skończyło się dobrze. Czy ja do czegoś zmierzam w tym wynurzeniu? Czy ja się aby w złym kontekście nie umieszczam? Czy nie kieruję się w regiony, rewiry zakazane dla rozsądnych, światłych (choć nie oświeconych) ludzi z mojego kręgu, z bańki/bajki mojej? Może tak być… Ale ja niczego nie przesądzam, niczego nie sugeruję, ja po prostu mówię, co mi się przytrafiło. W sumie, w ciągu ostatniego (chyba) roku padłem dwa razy… W różnych okolicznościach, z różnych, skrajnie odmiennych powodów, ale za każdym razem powroty odbyły się w atmosferze: „a dajcie wy mi spokój, tu jest spoko”. Za każdym razem właśnie ucinałem sobie z kimś przyjemną pogawędkę, a tu szturchanie, nawoływanie i rzeczywistość… Halucynacja… I nie była to milcząca halucynacja.
22 lipca, to Światowy Dzień Mózgu. Wiadomo, nie wszyscy obchodzą, np. meduzy, czy bloby, ale w sumie… Czy jak ja na przykład (i na dzień dzisiejszy) nie jestem kobietą, to mogę świętować, obchodzić Dzień Kobiet? No mogę! Mogę, a nawet powinienem, a zatem: niech w tym dniu świętują wszyscy! Zawsze przecież można cieszyć się tym, że ktoś obok mózg ma! Z drugiej strony, jak mocne jest założenie, że posiadanie mózgu, to coś dobrego. Przechodząc na grunt wyrażeń potocznych i nawiązując do niedawnego wyroku dla Łukasza Żaka (sprawca wypadku samochodowego – ok. 226 km/h po mieście, w wypadku zgiął mężczyzna), sędzia zadał pytanie: „Myślę, co trzeba mieć w głowie, żeby rozpędzić Volkswagena Arteona, to jest mały czołg, do prędkości ponad 200 kilometrów na godzinę. To nie ma nawet szans na reakcję”. A zatem, samo posiadanie mózgu, to jeszcze nie jest aż taka wygrana na loterii! Mózg, jak nóż, to tylko narzędzie. Można nim pokroić chleb, ale można też…wiadomo… wyryć na drzewie: „kocham ciebie”… kłamliwa deklaracja… A od jakiegoś czasu coraz mocniej mi doskwiera ta wizja, że ja, to właściwie taki tandem: ja i mój mózg. A w sumie czy to wiadomo: czy ja mam mózg, czy może raczej, to mózg mnie ma? Mniemanie takie… I czasem ma mnie w sobie, a czasem ma mnie gdzieś. Sprawy komplikują się zaś jeszcze bardziej, kiedy dowiaduję się, że mózgi są dwa… A ten drugi to jelita… No… Nie jest łatwo. Już ten jeden mózg, ten w głowie, jest tak skomplikowany i jego funkcjonowanie tak złożone, że trudno to rozkminić, a kiedy w grę wchodzi jeszcze ten drugi, skolonializowany przez dziką mikrobiotę, rządzącą się swoimi prawami, sprawy stają się skrajnie zawiłe i trudne. Łatwiej już zemdleć i spotkać przyjaciela w stroju rowerowym…
W międzyczasie zaś okazało się, że pierwszy raz odkąd mamy syna, nie pojedzie z nami na wakacje. On (i jego dwa mózgi) wybierają się w inne regiony. No i bardzo dobrze. Czas nadszedł. W międzyczasie nadszedł. Czas. I prze mijanie. Coraz mocniej. Napiera. Widzę to. W sumie, zawsze widziałem, ale teraz jeszcze wyraźniej. Odczuwalniej. Na własnej skórze, ale i na skórze innych też.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz