Widmo suki unosi się nade mną. Przyszłość nadeszła. Teraz to już nie ma to-tamto, syn ruszył na studia, wyszedł z przysiółku, wypłynął na szerokie wody, a suka została. I teraz to już moja poranna rutyna. Póki co: lato, które - nawet kaprysząc i grymasząc - jest wygodne i przyjazne, w porównaniu z takim grudniem mrocznym, zimnym i zakichanym. Więc póki co, jest spoko, ale… Zawsze jest jakieś ale… Bo wiem, że przyszłość nadejdzie. Za każdym, kurwa, razem nadchodzi. Raz, za razem. Co odemknę oko: tup, tup: jest. Biorąc sukę do domu, na wychowanie i służbę (dla niej) wiedziałem, że ten dzień nadejdzie, ale co to znaczy wiedzieć, że coś się wydarzy?.. Taka wiedza, to suchy prowiant w koszyczku Kapturka, który zmierza wiadomo gdzie. Niby to masz, ale jest niewiele warte. Chyba, że dla skrajnie wycieńczonej babci albo jako przynęta dla serio już wygłodzonych zwid fitnessu. Zostawmy to… Czas płynął suka zaś rosła, rosła i wyrosła… Całe pięć kilo! Bydle, potwór, na dzielni znana pod imieniem Azog Plugawy vel Biały Ork. Z małego kłębka nerwów zamieniła się w większy kłębek nerwów i stworzenie ewidentnie stworzone przez Pana Boga do walk w klatce albo po prostu do napierdalania się wszędzie. Bellum omnium contra omnes… Wprost na ulicy. Im większy przeciwnik, tym więcej krwi będziemy mogły się nachłeptać – mówi do mnie podczas spacerów. Nie ma stracha! Nie ma hamulca! Boga nie ma i nie ma litości! A odpowiedzialność?! - pytam czasem, ale ona tylko śmieje się dziko i mówi: jeb się kurwiu, to wasza ludzka przywara. Ja jestem frilanserem branży przemocowej i nie jęcz, bo kiedy zaśniesz kolejnej nocy, to skończy się twoja przygoda… No… Tak trudno z tych białych łapek zmyć biologiczne ślady przemocy… Ale robię to, współuczestniczę, kopię dołki na klombach, pogruchotane resztki owczarków niemieckich wywożę do lasu… Dzień po dniu. A to przecież dopiero początek, no dobra, środek tego koszmaru.
W międzyczasie zaś oglądam spotkania (tak się mówi) piłkarskie, czyli mecze w rozgrywanych właśnie Mistrzostwach Świata. Za chwilę finał. Argentyna – Hiszpania. Ha! Pierwsze pamiętane przeze mnie – jako-tako – mistrzostwa świata w piłce nożnej, to te z 1982 roku. W Hiszpanii właśnie. Pamiętam wyludnione ulice podczas meczów Polaków i pamiętam krzyk z okien, kiedy padały kolejne bramki w spotkaniu z… Peru. Kurczę blade! 44 lata. Lata bezświetlne i prześwietlone. Pomieszane. A w piłkę się gra i wciąż ogląda. Że bez reprezentacji naszego kraju? - może to i lepiej. Za to z Donaldem Trumpem, który ma moc anulowania kary, jaką piłkarz otrzymał za faul. Istne szaleństwo! Kiedyś było prościej… Takiego manewru nie wykonał chyba nawet żaden przywódca kraju totalitarnego. Nie kojarzę. Nie w tzw. czasach współczesnych, a już na pewno nie premier, czy prezydent kraju w nurcie demokracji liberalnej. A w USA? I owszem.
USA, to osobny rozdział… I nawet nie będę się tego tik-tykał. Tam jest wszystko i jeszcze więcej. Wojna na eksport. Zombie na ulicach. Kontrast do kontrastu. Nie znam się na tym, ale coś się rozpada w wizerunku, wizji tego kraju, jako – pomimo różnych realnie dostrzeganych kiedyś wad – miejsca, do którego warto pojechać, w którym dobrze byłoby żyć, po prostu obiektu marzeń.
Ceny paliw. Urosły. Spadły. Znowu rosną… Za wschodnią granicą nadal trwa woja, a prezydent Zełenski, cóż… już nie jest naszym wielkim przyjacielem. Prezydent Nawrocki, cóż… jeszcze nikomu nie przypierolił w świetle reflektorów, ale kilka razy ręka go świerzbiła. Ja nadal, po okręgu, przesuwam się na planszy stadionu osiedlowego, choć całość jest coraz bliżej krawędzi stołu tego świata i za moment spadnie w otchłań razem ze mną. Tegoroczna fala upałów doprowadziła do sytuacji, w której + 30 stopni Celsjusza, to już nie jest aż tak gorąco. I ogólnie, ech… Sezon ogórkowy nie istnieje.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz