czwartek, 17 maja 2012

17.04.2006 r., 18.16 - zdjęcie

To zdjęcie zrobiłem sześć lat temu. Dokładnie: sześć lat i jeden miesiąc. 17 kwietnia 2006 r., godz.: 18.16. Znalazłem je jakiś czas temu i nadal mi się podoba. Ja wiem, że szare i mało efektowne, ale co tam...


Sześć lat, to kawał czasu. Prawie nie pamiętam, kim wtedy byłem. No, ale zdjęcie jest, więc stałem po drugiej strony rzeki, słońce zachodziło, ktoś czekał na przystanku na autobus, pewnie do niego wsiadł i pojechał, drzewa – póki co jeszcze bez liści – za kilka tygodni zazieleniły się, a słońce w końcu zaszło: za dom, za horyzont, za góry i lasy.

ps. to jest odbicie w rzece.

środa, 16 maja 2012

Biegam w kółko, ale jednak do przodu

Jak już kiedyś wspomniałem - amatorsko biegam sobie dookoła stadionu i mam gadżety, które dokonują pomiarów różnych parametrów tego ruchu po okręgu. W związku z tym, że udało mi się przekroczyć granicę 10 kilometrów podczas jednego z moich galopów, po zalogowaniu się na stronę producenta gadżetów i przesłaniu tam informacji o tym wiekopomnym wydarzeniu, wyświetlił się – specjalnie dla mnie! – komunikat, że jeden z biegaczy ma mi coś do powiedzenia. Mi? – pomyślałem zaskoczony. Tak, ci, mała Mi! – sam sobie odpowiedziałem bystro w myślach, niczym mistrz ciętej riposty i – kliknięciem myszy - zgodziłem się na emisję przekazu,  filmiku. Pani, w języku angielskim (na szczęście były napisy w narzeczu dla mnie zrozumiałym) powiedziała do mnie z głośników mniej-więcej coś takiego: „Przebiegłeś 10 kilometrów! Jesteś świetny! Jesteś niesamowity! To wspaniałe osiągnięcie!”…
Przyznam, że byłem oszołomiony. Pani mówiła jeszcze coś o tym, jak bardzo jestem de best i ogólnie obleczony w światło, ale do mnie to już nie docierało. Zostałem żywcem wzięty do nieba biegaczy i tam razem z Jezusem, Jego Ojcem i Gołębiem, a także całym panteonem bóstw Hinduskich, Indiańskich, Prasłowiańskich, no generalnie, z całą wierchuszką ubraną na sportowo, odbyłem rundę honorową po Stadionie Wszczechwszystkiego i Milionolecia. To było coś! Zwłaszcza Gołąb w spodenkach i koszulce z logo firmy produkującej między innymi moje gadżety… Ekstaza i sacrum!
A potem - bo to jeszcze nie koniec! – okazało się, że od początku mojego biegania z gadżetem, przepełzłem dystans 200 km i tu kolejny miły moment. Tym razem już tylko w postaci komunikatu pisanego, ale zawsze to coś. Treść przytaczam w całości: „To już 200 kilometrów – jeszcze tylko 50. Kolejny poziom jest tak blisko, że czujesz jego zapach. Zapewne pachnie jak spocone stopy”. Prawda, że miło? Zapach kolejnego poziomu rozszedł się dyskretnie dookoła i już wiedziałem, że będę biegał dalej.
Więc będę biegł dalej, bo ciekaw jestem nowych zapachów i kolejnych poziomów. Kto wie, może jeszcze kiedyś pójdę do nieba dla biegaczy? Dla takich chwil warto się podnosić. Ok, nie tylko dla takich, ale między innymi dla takich. Warto.

poniedziałek, 7 maja 2012

Wiosenny bez tytułu


Na pewno miałem kiedyś wakacje od tego co niemiłe. Ciągle muszę przypominać sobie o tym, że świat się za moment nie skończy, że warto się podnosić, że są ludzie i sprawy, dla których jest sens wciągać powietrze do płuc, a potem wypuszczać je na zewnątrz. 
Póki co odwiedził mnie nie byle kto, bo Sir O’Neal. Rozmawiamy, powoli przyzwyczajamy się do siebie, razem trzęsą nam się ręce i razem wyglądamy przez okno. To tyle na ten moment. I jeszcze zdjęcia z wakacji, kiedyś, gdzieś.


piątek, 20 kwietnia 2012

Alpang

Jak powiedziała kiedyś koleżanka mojej żony o koncercie „bez prądu” – alpang, tak ja właśnie jestem ostatnio nieco alpang. Mam nadzieję, że zasilanie wróci niebawem, póki co jednak informuję, że jak się nie, do się nie da. Pozdrawiam serdecznie wszystkich troje (w porywach czworo) czytelników bloga, życząc im przyjemnej wiosny i żeby było dobrze.

piątek, 6 kwietnia 2012

Widok z okna


Nie mam ostatnio ani głowy, ani czasu, a wiadomo, że bez jednego i drugiego nie łatwo jest pisać na blogu. Stąd te zdjęcia, stąd ucieczka w obrazkową formę komunikacji. Obrazy są proste. Po prostu są, niezależnie od mojego punktu widzenia. O, na przykład taki widok z okna mojego pokoju w tzw. domu rodzinnym (tzw. „domu rodzinnym”, bo właściwie, jest to mieszkanie, ale jak by brzmiało „mieszkanie rodzinne”?). Widok na podwórko, na którym jako dziecko spędziłem tyle czasu… Właściwie, to podwórka nie widać, ale – uwierzcie mi – ono tam jest!

 

  Podwórko, dzieciństwo, mój pokój. Wszystko minęło. Wszystko, bo nawet mój pokój, to teraz pokój Wiktora. Pomieszczenie, w którym spędziłem tyle czasu, już nie jest moje. Zresztą, co to w ogóle znaczy: moje mieszkanie? Kiedy jeden z moich kumpli wyprowadził się z Malborka i mieszkanie, w którym mieszkał zostało sprzedane, bardzo długo nie mogłem się z tym oswoić. Przechodziłem tamtędy i patrzyłem w okna, przypominałem sobie o tym, co się tam działo, co przeżywaliśmy, robiliśmy, o czym gadaliśmy w jego pokoju. Przypominałem sobie obrazki wiszące na ścianach, meble, chodniki, balkon, barek pełen nalewek…
Po zmroku przechodziłem po chodniku i zadzierałem głowę, żeby popatrzeć na światło w oknach. Tyle lat mogłem tam po prostu wejść, a teraz już nie! To było dziwne uczucie i trwało długo. Takich miejsc, w które już nigdy nie wrócę jest więcej i pewnie będzie ich przybywać.