piątek, 17 lutego 2017

Zlutowane, bo w lutym



Zimą po plaży. Zdarza mi się nieczęsto, ale w dobrym towarzystwie i z napędem pigwówkowym, mógłbym powtarzać do plus nieskończoności.



Przeglądam zdjęcia w Internecie pomieszczone przez ludzi i uderza mnie jednak szablonowość ujęć i klimatów, z drugiej strony mnogość życia prowadzonego na całej planecie, z trzeciej strony fotografie jedzenia, że niby – och, oto moje śniadanko, mój obiadzik, kolacyjka godna foci, a z czwartej kolesie toples – nie spodziewałem się, że jest tego tyle! Po blogach lajfstalowych nie było lekko, więc teraz odpuszczę sobie dalsze przygody przeglądactwa.

Psy. Jest jeden, w zamierzchłych czasach ukryty pierwszy pies tego świata i od niego pochodzą wszystkie inne. I nie jest/nie było to żadne tam stworzenie rasowe, tylko klasyka kundla – po prostu pies pierwotny. Od wielu lat obserwuję, że łazi po ziemi niesamowicie duża grupa psów o wyglądzie niemal identycznym. Żeby nie gadać za dużo zamieszczam zdjęcie tego, o co mi chodzi. Oczywiście występują odstępstwa od wzoru, ale tych odwzorcowych jest na prawdę sporo. Może z ludźmi jest podobnie? Pewnie jest.


Nie biegam. To pierwsza tak długa przerwa od początku świata chyba. Ale jak już pobiegnę, jak ruszę, jak wystrzelę, to normalnie Forest Gump.

Za pomocą kierowcy BOR-u Pani Premier rozwaliła się samochodem. Należy cieszyć się, że nikomu nie stało się nic bardzo poważnego. Ale, właśnie… Dlaczego, nawet przy takiej okazji, od razu mamy do czynienia z zagmatwaniem, tajemnicą, niejasnościami? Sam wypadek przecież mógł się zdarzyć, że któryś tam i nie pierwszy ostatnio, że problem ma swoje korzenie, że odpowiedzialność – ok., to niech trwa dyskusja, ustalanie i naprawianie, ale dlaczego dookoła w miarę prostej sprawy, tyle znaków zapytania i sprzecznych informacji?! Przecież gdyby w każdym tego typu zdarzeniu było tyle zagmatwania, to policja ugrzęzłaby to dwóch dobach. A gdyby tak po prostu powiedzieć: ok. - nasza wina, nie mieliśmy tych cholernych wyjców, jechaliśmy w zanadto rozciągniętej kolumnie, stało się – to co by było? Albo – wersja lajtowa: „nie wiemy co się stało, trzeba sprawę zbadać” – mówi minister  Błaszczak. Ta… Marzenie takie mam, ale „się nie da”, bo na ten moment jest sytuacja starcia: młody człowiek kontra państwo – sytuacja opresji, jak z filmów. Przed postawieniem pytań udzielono jasnej i jednoznacznej odpowiedzi, a teraz nie zgadza się ona z wersją podnoszoną przez innych, bo pojawiają się nagrania z monitoringu, bo naoczni świadkowie odjechali i nikt z nimi nie porozmawiał, bo dlaczego właściwie BOR-owiec walnął w drzewo, skoro – nie ma przebacz! - powinien pojechać prosto, bo nie wszyscy słyszeli syreny, a zeznających 11 funkcjonariuszy, to właściwie strona w sprawie, a nie bezstronni świadkowie? Dlaczego jest tak mgliście?

Zima chyba ma się ku końcowi. No i dobrze.

piątek, 10 lutego 2017

Raport PoFeriach+ 2017



Kończą się pery-ferie codzienności i już za moment syn powróci do macierzy, dodawania i dyktand z „rz”, „ż” i „ść”. A my razem z nim. Minione dwa tygodnie wypełnione brakiem obowiązków oddziecięcych upłynęły małżonce Mej Joannie oraz mi, na chadzaniu na basen, oglądaniu filmów i czytaniu książek, spotykaniu się (słownie: raz) ze znajomymi nam ludźmi. O niespiesznym sączeniu alkoholu z przyczyn oczywistych nie wspomnę, bo to oczywistość. Podsumowując zatem.

„La la land”. Wybieranie na co pójdziemy do kina chwilę trwało. Dla mnie kryterium od pewnego czasu jest dość proste: nie mogę na filmie się męczyć, co właściwie niczego nie tłumaczy – bo męczyć się potrafię zawsze i wszędzie -  i w niczym nie ułatwia wyboru, ale wstępnie odrzucam filmy wysoce artystyczne z zacięciem do dramatu, w tym oczywiście odpada cały Holocaust, historie o chorobach dzieci i zwierząt, Rambo, komedie polskie (z kilkoma wyłączeniami z wykluczenia, ale nie czas i nie miejsce na szczegóły) i tym podobne. Przy czym oczywiście decyduje dający się dostrzec klimat dzieła, jego smród/zapach poprzedzający je o kilka chwil zaledwie, ale zawsze dający się wychwycić. Ogólnie skupiam się na tym, żeby w kinie nie doznać silnych, negatywnych wzruszeń. Króluje zatem repertuar rozrywkowy. Ok., zarysowałem pole walki, no i popatrzyliśmy na propozycje filmów z kina. Stawka zawęziła się do M. Wisłockiej (ale dramat dzieci), filmu tra la, la, la (ale trochę obciach łazić na takie filmy, kiedy jednak jesteś heteroseksualnym, białym, męskim, jeszcze nie stosującym pieluchomajtek rączym samcem), „Konwój” (ale jednak może być ciężko)… Odbyło się publiczne rozważanie „za” i „przeciw” i „kto się wstrzymał” i wreszcie doszliśmy do tego, że idziemy na film muzyczny. Nie powiem - trochę się bałem, że będzie słabo, bo co ja właściwie widziałem z kina tego typu, co by mnie uszczęśliwiło choć na chwilę? No… Niczego sobie nie przypominałem… Oczywiście widziałem kiedyś „Deszczową piosenkę”, ale wspomnień nie mam w związku z tym filmem żadnych. Ostatecznie jednak poszliśmy i przyznaję, że owszem podobało się. Film ma totalnie wywalone na realia w sensie, że się raczej nie śpiewa grupowo podczas stania w korku ulicznym i nie tańcuje wtedy skacząc po samochodach (no, chyba że to ustawka na A1), ale z drugiej strony, co do prawd życiowych, to utrafia w sedno i jednocześnie nie jest słodziutki. Reasumując: i piosenki mi się podobały i tańce mi się podobały, no i tam zima, to było 24 stopnie w nocy i 30 w dzień… Ech.  Przez cały film ani razu nie spojrzałem na zegarek, ani razu nie wypałem z historii i wychodząc  po seansie z kina miałem poczucie dobrze wypełnionego obowiązku kulturalno-rozrywkowego. Rozerwałem się, ale nie doszczętnie, tak w sam raz.

„Birdman”. Właściwie ręce same składają się do od-lotu. Kilka tekstów z filmu do zapamiętania na całe życie, film do zapamiętania na co najmniej połowę całego życia, z dostępem do morza nieskończoności. Nawet nie będę pisał, bo nie ma po co.

Dentysta. Tak… To jest temat trudny, ale w każdym dramacie (głównie gównie) pojawia się czasami chwila wytchnienia (widok wesołej pszczoły, która nadlatuje i przysiada na stokrotce rosnącej w najbliższym sąsiedztwie leżącego na trawniku gówna), a zatem:
- Teraz zrobię zastrzyk – mówi do mnie lekarz.
Jestem kurwa gotów – myślę sobie buńczucznie, choć wiem, że nie jestem gotów… Nigdy nie byłem na to gotów, bo co z tego, że zastrzyk jest właśnie po to, żeby nie bolało, skoro sama iniekcja napierdala i poniża me receptory, a w raz z nimi całe moje jestestwo. No boli, jak jasna cholera boli za każdym razem i tym razem też będzie boleć – myśli lecą mi przez głowę, a tym czasem lekarz odsuwa się i odkłada strzykawkę. Że co?! Nie udało się?! Patrzę na stomatologosa zdziwiony i pytam, co się stało, a on, że co się miało stać, a ja, że zastrzyk coś nie teges, a on, że teges, że zrobiony… Hm… Mówię na to, że nic nie czułem, że tak bez uczucia to jakoś poszło, a ów do mnie: „Bo użyłem cienkiej igły”… Kurwa… Wzruszenie ścisnęło mi gardło i to nie była kwestia, że znieczulenie już zaczęło działać. Czterdzieści lat z kawałkiem na świecie, w tym czasie niezliczone wizyty u dentystów i pierwszy raz w życiu zaczęło i skończyło się całkowicie bezboleśnie (kwestie finansowe pomijam). Na marginesie dodam też, że pierwszy raz miałem podczas wizyty wybudowany na japie ustnej namiocik z zielonej materii, taki jaki widywałem czasem – w większym rozmiarze – na filmach pokazujących operacje chirurgiczne. Pan lekarz wyznaczył sobie pole działania tym namiocikiem, rozbił fachowy obóz i nie wyłaził na zewnątrz, żeby – bo ja wiem – coś tam poskrobać dookoła. Jednocześnie nic z okolicy mu tam nie zaglądało, żadne paprochy, muszki, czy inne zrozpaczone i próbujące zwrócić na siebie uwagę zjawy. Wiecie, takich absorbujących i zaprzątających istnień i zagadnień, które starają się za wszelką cenę ściągnąć na siebie wzrok dentysty, jest sporo, nawet/zwłaszcza w mojej jamie ustnej. A tak: jest namiocik, jest wyznaczony i ogrodzony teren, zajmujemy się „trójką” i nie dekoncentrujemy się dajmy na to zrozpaczoną „dwójką” czy „piątką”, która chce się przytulić... Ok. W tym temacie to tyle.

Olga Tokarczuk. Zachwyt, ale i wyrzut. Z jednaj strony pełna świadomość, że „Księgi Jakubowe”, to dzieło „wybitne i godne uwagi”, „warte”, „zasługujące”, „kompletne” itp., a z drugiej, no jakoś nie mogę się zapędzić do czytania… Jak już się zapędzę, to czytam, ale z tym zapędem bywa kiepsko. Tak czy inaczej, pierwszy raz od dawna zawziąłem się na siebie i przeczytam, choćby mi to miało zając trzy miesiące, choćbym miał robić notatki i uczyć się na pamięć, to przeczytam z całą zawziętością. Obiecuję. Sam sobie, więc można olać...

Spotkałyśmy się jeszcze w naszym dziewczyńskim gronie i pogadałyśmy sobie o pracach, dzieciach, tatuażach, no i innych takich tam, jak to my dziewczyny lubimy sobie pogadać. Było miło, a rano spałam długo, bo do coś około dziesiątej i właściwie nie miałam kaca.

Ok. Syn powraca. Należy ponownie przyjąć postawę, nakręcić i z-syn-chronizować zegary, żeby zdążać na czas i być na posterunku. Polityką się nie zajmowałem w tym okresie, oprócz wiadomych wiadomości dot. ob. Misiewicza.

Niniejszym chciałbym serdecznie pozdrowić czytelników niniejszego bloga, którzy pomimo niskiej frekwencji ałtora zaglądają tu czasami.

Deser: zdjęcie z lodówki, bo nie mogłem się powstrzymać od upublicznienia… Oto wyraz mojej słabości, zadumy, nabożnego lęku pomieszanego z podziwem. Ocknąłem się z tym zdjęciem w koszuli posylwestrowej, która - jak wiadomo – jest bardzo bliska ciału. Wsunięte było do kieszonki… A teraz jest na lodówce.

poniedziałek, 9 stycznia 2017

Karnawał - destrukcja - cdn.



Jest słabo… Nie to, żeby zaraz dramatycznie słabo, ale słabo – bez dwóch zdań – jest. Posylwestrowy nastrój podtrzymany spotkaniem towarzyskim w mijający łekend i owszem, nieco załagodził zapaść, ale zapaść i owszem – bez dwóch zdań – jest. Stoch nie pomógł. Alkohol tylko łagodzi upadek. Wizyta u „dobrego dentysty” daje nadzieję, ale… W tej cenie w sklepie z alkoholem mógłbym dostać dużo więcej… Pewnie nawet cały komplet (WNM).

Odkurzacz się popsuł. On już zanim się popsuł, to był popsuty, bo w sensie klinicznym i empirycznym nie odkurzał, a raczej wręcz przeciwnie, ale wył, rurą delikatnie zasysał, zmuszał do działania, więc jako przyrząd gimnastyczny i narzędzie pozwalające odprawiać rytuał „sprzątania” się nadawał. Ostatecznie jednak przestał rzęzić, ducha wyzionął i zmusił nas do zakupu nowego urządzenia, co w dzisiejszym, pełnym przepychu świecie konsumpcjonizmu jest zadaniem trudnym. Zakup poprzedzony musi być wyborem, a wybór, to proces złożony. Po wstępnej selekcji w Internecie i wytypowaniu modelu, skontaktowałem się ze światem realnym, czyli ziemską placówką e-sfery, gdzie poinformowano mnie, że JEST! Stoi, czeka, gotów, w kartonie skryty, ale cały już sprężony do skoku, by walczyć z paprochem, paprocha w przepastnym korpusie swym pogrzebać, bez sentymentu, bez chwili wahania, kark paprochowi skręcić, krtań jemu – wiadomo! – zmiażdżyć, aorty jego paprosze rozpruć, a bebechy wypruć. Takie: fajnd end distroj! Każdy włos, nim podzieli się na czworo, każdy obłoczek syfu, nim się okoci i nieuchronną - nawet w domu niepatologicznym - okruszynę chleba, która normalnie, przez uszanowanie i tak dalej (pocałuj żabkę w łapkę), to nawet ją też – bach i do Tartaru, rurą w mrok, z ułamanym paznokciem i suchym listkiem! Aaaa!!! Byłem gotów na zakupy, nawet sobie pomyślałem: jakoś tak łatwo poszło! I myślałem tak aż do chwili, kiedy sprzedawca nieznoszącym sprzeciwu tonem – plus wzrok pełen pogardy, no po prostu mistrz sprzedawactwa - powiedział: „W takiej cenie nic nie sprząta, a tak w ogóle to sprzątają tylko odkurzacze” (tu padła nazwa konkretnej marki). Kurwa… Nie trafiliśmy ani z ceną, ani z producentem… Sklep pełen sprzętu, Internet jeszcze bardziej, a my nie trafiliśmy nawet kulą w płot, że o Panu Bogu w odkurzacz nie wspomnę… Błysnęło mi w głowie, żeby może sprawę obrócić w żart, ale sprzedawcy nie było do śmiechu. Ostatecznie zmieniliśmy sklep i w tamtym moja obrażona noga nigdy więcej nie postanie. Odkurzacz został zakupiony, poniżej ceny dla odkurzaczy działających, a i tak jest o niebo bardziej sprzątający od poprzednika, który – jako się rzekło – z sukcesami nie odkurzał już od kilku lat. I też było dobrze!

Chwilę wcześniej. Zanim pojechaliśmy po odkurzacz, to okazało się że pompka od spryskiwacza nie działa. Naduszam wajchę i wyczekuję strumienia, od którego uratuje mnie tylko szyba przednia - spokojnie, katastrofa kontrolowana - a tu nic… Ni strumienia, ni pracy pompki katastrofa nagła jak szlak! Cisza. Kurwa… Może coś przymarzło – myślę sobie – wszak mróz jest wiekuisty i potężny. Otworzę maskę, zerknę, chuchnę, co prawda nic z budowy samochodu nie kumam, ale kto wie, może magia świąt zadziała, może trafi mi się ziarno? – myślę sobie. No… I trafiła mi się prawie cała bułka z ziarna!.. Kuna jej mać… Znowu się nam zalęgła kuna. Kuna pod maską, pod przykrywką, pod blachą, osłonięta od wiatru, ogrzewana ciepłem stygnącego motoru mieszka w naszym samochodzie kuna. Znosi sobie bułki, gotuje wodę i parzy herbaty smakowe, odgrzewa bigosy (do bułki), a może nawet grilluje – bo ja wiem – skrzydełka z Lidla po przecenie posezonowej? Żyje sobie i na deser zakąsza kablami! Mniam, mniam, mniam. I zżarła kable od spryskiwacza… Kuna jej mać i ona też. Niniejszym składam deklarację: Będziemy z tobą walczyć kuno potężna, będziemy cię tępić! Do zwycięstwa i do krwi ostatniej kropli z twych kunich żył! Tak nam dopomóż spreju śmierdzący i święta panienko! Teraz i zawsze! Ament na twój apartament!

Ten moment, w którym orientujesz się, że nie jesteś już przystojnym brunetem, o ujmującym uśmiechu, w którym zawartość zębów jest wystarczająca do – bo ja wiem – brawurowego i nie stroniącego od dezynwoltury gryzienia jabłka. Tak, nadchodzi taki moment w życiu, kiedy już wiesz, że stoisz na przegranej pozycji, że niby sylwetka dumnie wyprostowana, taki homo erectus w koszuli w kratkę, a w partiach „kapitelu głowy” nawet homo sapiens, ale jednak podskórnie już czujesz idący od podłoża chłód prawdy ostatecznej, że przeziębienie pęcherza, to nie żarty, że przyjaźń z urologiem, to związek który będzie tylko przybierał na sile i w końcu wszyscy się o tym dowiedzą i wreszcie, że śmierć, to nie jest przebieraniec, ani figura stylistyczna, symbol, rozdzierający grozą moment, po którym zaparzysz kawę i zadumasz się nad losem wszechświata. Tak… Plując zębami przednimi na kasjerkę sklepu wielkopowierzchniowego orientujesz się, że coś się zmieniło i nigdy już nie będzie takie, jak kiedyś… Każdy z nas ma w sobie kościotrupa i trzeba to zaakceptować, problemem jest moment, w którym ten jedyny widoczny bezpośrednio fragment szkieletu publicznie się do nas dystansuje, odrywa i zaczyna żyć własną śmiercią... Moja dyskusja o cenie za kilogram pomarańczy typu „premium” została brutalnie przerwana i już nigdy się nie odbędzie. NIGDY…

Ale spotkanie z tymi, co przyszli, dali radę dotrzeć, poświęcili nieco czasu w ten zimowy czas, było bardzo miłe i myślę, że skuteczne w walce o lepsze jutro. Nawet jeżeli rozmowa zeszła na temat wakacyj polityków, nawet jeżeli nie wszyscy mogli pić, nawet jeśli nie wszyscy się ze sobą zgadzali, to i tak było ok. Zwłaszcza, że takie widzenia, to najprawdopodobniej jedyna metoda, na mroczki okolicznościowe i żałuję tylko, że nie odtworzyłem kolęd w wykonaniu chóru cerkiewnego… Może następnym razem.Wiem... To może zniechęcić do wizyty...

środa, 4 stycznia 2017

Nieszczęśliwy Stary Rok 2016 i jeszcze lepszy Nowy 2017



I kiedy wysyłam do Niego zdjęcie


Myślę o Tobie...

z adnotacją: „Myślę o Tobie”, o On odpowiada: „Tabliczka z takim napisem będzie na drzwiach naszego domu…”, to już wiem, kto tam będzie kim… Dlatego muszę się ruszyć! Po prostu muszę coś ze sobą zrobić, żeby zasłużyć choćby na „skwareczkę”… Może solarium?..

Jeżeli zaś chodzi o kwestie zawodowe, to myślę, że sprawa jest dość prosta. Wsparcie z powietrza i pozamiatane!


Nie wiem tylko, jaką robotę Bóg znajduje, bo wyszukać byle gówniane zajęcie, to wystarczy podrzędny Archanioł...

Przedświąteczny zwierzak, który dereklamuje słodycze. Tu jeszcze wyglądał na żywego, ale kto wie, co było 3 minuty później?


I na deser życzenia, które mogą oddawać nastrój. Ale nie muszą!


Co zaś do Sylwestrowej zabawy, to – jak zgodnie twierdzi większość osób biorących w niej udział – było ok. Państwo Gospodarze zagwarantowali możliwość godnego i dorodnego świętowania. Z okrzykiem, z tańcem, ze śpiewem i ewentualnym leżakowaniem w miarę potrzeb - wszelkie formy ekspresji mogły znaleźć swoje ujście. Całkowicie wyeliminowany został problem głodu, jedna, jedyna osoba niepijąca - z przyczyn obiektywnych i uzasadnionych! – nie zachwiała równowagi i mikroklimatu, a jeden, jedyny „na szczęście” stłuczony kieliszek nikomu nie wbił się swym cienkim szkłem w stopę. Widok z tarasu zapierał dech w organizmie, a organizm reagował spazmami szczęścia i nawet opłata za toaletę - pobierana niechcący w wysokości 1 zł za wizytę - została zwrócona. Poza tym: ptaki we włosach potargał wiatr, z rogu obfitości ciekło umiarkowanie, ale i tak dało radę skarpetę zamoczyć, rozegrano kilka spotkań na PS4, z których wszystkie przegrał gościnny i elegancko uprzejmy Gospodarz, zaś Nowy Rok nadszedł punktualnie i na czas. No... Teraz powracamy do rzeczywistości, a rzeczywistość powraca do nas.

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Trochę smutny grudzień...



Biegłem któregoś wieczoru przez miasto i przez chwilę czułem się, jakbym grał w filmie. To chyba przez muzykę z radio. Każdemu polecam „Magiel Wagli” w Trójce. Ta audycja jeszcze jest. W którymś z artykułów w Internecie padła informacja, że - w wyniku „dobrej zmiany” - ze stacją rozstało się już 17 osób! Najgroźniejsi z nich – uwaga! -  "publiczne nękali Zarząd" m. in. "żądaniami przystąpienia do mediacji". Strzeżcie się tych, którzy nękają próbami rozwiązania konfliktów!!!

Nie mam się czego chwycić… Są takie momenty w życiu, że brak jest punktów zaczepienia. Oczywiście – bez dramatyzowania! Nie tak się człowiek nie chwytał i nie tak nie miał się czego chwycić! Ha! Nie takimi substancjami się nie ratował i nie takich nadziei sobie nie robił. I nie tak nic się nie stało! Nie takie nic się nie stania przeżywał, wylizywał się, a z bandaży robił wstążki i używał do występów artystycznych, no pseudoartystycznych.

Smutno mi. Gdybym miał wymieniać wszystkie powody, to byłyby dwie, może trzy główne ich grupy, ale upublicznię tylko jedną: sytuacja w kraju i na świecie. Aleppo – dramat w czystej postaci i to, co od piątku dzieje się w polskim parlamencie i okolicach. Co do niszczonego miasta i zabijanych w nim ludzi, to sprawa nie wymaga wyjaśnień, a co do sytuacji w kraju… Jest we mnie zagmatwanie. Linie podziału nie są proste, nigdy jakoś specjalnie nie ciągnęło mnie ku czerni i bieli, znaczy, może i ciągnęło, ale jakoś tak wychodziło, że nie zaciągnęło. Oczywiście są ikony mroku: Hitler czy Stalin, ale już kuzyn z dzieciństwa choć mroczny, to jednak nabiera rumieńców w tym swoim zielonym sweterku. Wracając do kraju: siedziałem sporą część soboty i niedzieli i patrzyłem w telewizor. Patrzyłem na Pana Michała Szczerbę, jak przyczepia kartkę i odczepia kartkę i jak – ni z tego, ni z owego – zostaje wykluczony. Ciekawi mnie, czy kierownictwo PiS obejrzało powtórkę tego brutalnego i bezpardonowego ataku, jakiego dopuścił się poseł Szczerba? Kartka była biała, literki z napisem „wolne media w Sejmie” czarne, a sam poseł wyzywająco uśmiechnięty, to mogło doprowadzić do furii. Mówiąc zaś serio: ja w tym wystąpieniu nie zauważyłem niczego, co kwalifikowałoby je do tak ostrej reakcji. Samo sedno sprawy, czyli planowane wystrzelenie dziennikarzy z parlamentu - o! - to jest kwestia, która powinna wkurzyć! I wkurzyła. A potem, to już „poniosło, poniosło, poniosło, na całego, na umór, na ostro”. No, może na szczęście nie „na umór”, ale gorąco było. Mnie zastawia teraz czy w Sali Kolumnowej było kworum? - to jest dla mnie podstawowe pytanie, a przynajmniej jedno z podstawowych. Bo jeżeli nie, to jest słabo, bo to oznacza, że Państwo z PiS mogą spotkać się w dowolnym składzie, w dowolnym miejscu  i „stanowić prawo” całemu państwu. A podpisy złoży się później albo i nie złoży, bo właściwie, kto to sprawdzi?

A tu święta za pasem. Choinkę mamy ubraną, wczoraj Asia z Wiktorem i Zuzią piekli pierniki, większość prezentów została kupiona i niby wszystko gra, a jednak zewsząd docierają do mnie sygnały, że coś jest nie tak… Jako osobnik o jednak dość zaburzonym kontakcie z rzeczywistością, staram się nie przesadzać w reakcjach, ale wobec naporu impulsów mój system staje się nerwowy. Nie pomaga czytanie prozy Philipa K. Dick’a, można wręcz zauważyć, że czytanie prozy tegoż sprawę pogarsza, bo podmywa resztki zaufania do rzeczywistości. Parę lat temu doszedłem już do tego, że pomiędzy tym, że dzieje się coś dziwnego, a tym, że sam zaczynam funkcjonować dziwnie jest różnica, ale niestety, to pierwsze ma istotny wpływ na to drugie… Biorąc zatem poprawkę na siebie i nie odchodząc jeszcze od zmysłów, chciałbym życzyć Państwu, żeby nie było gorzej, bo gorzka czekolada, to nadal jest czekolada. Pozdrawiam serdecznie.