poniedziałek, 19 czerwca 2023

1989 - kocham i nie kumam

Jest słabo, jeżeli chodzi o systematyczność. Muszę zerknąć w telefon i popatrzeć na zdjęcia, żeby złapać jakąś chronologię. Chyba, że pójdę chaotycznym tropem „co się po prostu pamięta”, czyli, że co mnie najbardziej, a co wcale i nic, a nic.

Po pierwsze zatem: TEATR. Wielki teatr mój widzę ogromny. Przedstawienie „1989”. Byliśmy i zobaczyliśmy i chyba zostaliśmy zwyciężeni. Żona, syn i ja – w sensie rodzinnym, ale też w kontekście towarzyskim szerszym. Chociaż był i głos odrębny, wyrażony opuszczeniem przedstawienia w przerwie! Poza tym jednym, śmiałym, radykalnym i odważnym przypadkiem reakcje były na plus. A to przecież spektakl śpiewany, w dużej mierze w formule rap. No, ale spoko, mnie indywidulanie, żeby już nie zataczać szerszych kręgów, jak sęp nad ofiarą, się podobało. Plan jest nawet taki, żeby kupić płytę, bo artyści występujący mają zamiar ją wydać. Więc oni ją wydają, a my nabywamy. Ciekawe, czy bez tych wszystkich kolorów ze sceny i bez tańców utwory nadal będą się podobały?

Po drugie: pozostajemy w kręgu śpiewaczym. Koncert Dawida Podsiadło. Zaczyna się w Sopocie od kolejki do Opery Leśnej. Kolejka jest karna, długa i w miarę kulturalna, no bo wydarzenie też jest kulturalne. Tak… Żeby to tak zawsze działało. Przybywamy na występ – jak artysta prosił – z dużym wyprzedzeniem. Bilety są imienne, więc przy bramkach trzeba się wylegitymować, może dlatego tak powoli to idzie? No, ale jest ciepło, mamy zapas czasu. W końcu wbijamy i kupujemy limoniadę. Wypiłeś człowieku, no to wiadomo… Toaleta… Masakra frekwencyjna. Panowie i tak mają lepiej, ale presja łamie konwencje więc robi się koedukacyjnie i wszystko jest ok, no może tylko te okołopisuarowe ceregiele. A ludzie wciąż idą… Legitymują się i idą… Informacja była taka, że śpiew się poniesie o 21.00, ostatecznie poniósł się coś około 21.40. Także niestety, pierwsze wysikanie już się nie liczyło... A zapowiedzi z megafonów były stanowcze, że jak się pójdzie gdzieś z krzesełka, to nie będzie takie ho, ho, ho, że wrócisz. Ale trzeba było zaryzykować. A w stopę, pomimo sprzyjającej aury, było nieco chłodno, a co to znaczy, to nikomu nie trzeba tłumaczyć. Ostatecznie zdążyłem wrócić, a artysta, po krótkiej i żartobliwej wypowiedzi, zaczął śpiewać. O tym, że Dawid Podsiadło potrafi, nikogo nie trzeba przekonywać. Jest to jeden z najbardziej popularnych wykonawców
średniego pokolenia, a jego dorobek jest tyleż imponujący, co nie wiadomo co. Gra słów. Nie będę przecież opisywał, jak człowiek śpiewa, no bo niby że jak miałbym to zrobić? Koncert się podobał, oprawa całego wydarzenia monstrualnie super, z kolorami, animacjami i nawet orkiestra chodząca po amfiteatrze się znalazła. Pewnie dlatego ochrona tak strzegła drożności ciągów komunikacyjnych. Co kto krok w bok, na ścieżkę betonową, to myk i już przy nim ochraniacz i żeby siąść lub też stanąć w „świetle siedzonka”. A na scenie chóry seniorów. Owacje na wystająco! Huk i ryk. Ja gdzieś tak do 37 minuty wydarzenia jakoś się nie podrywałem, jakoś na siedząco siedziałem. Zapłacone miałem za siedzonko, to co będę stał. Się w życiu nastałem w pociągach i kolejkach, to jak już siadłem, to siedziałem, ale jednak… I na mnie przyszedł czas. Nie pamiętam przy jakim utworze i też nie, że mnie porwało, ot mówię, wstanę, bo umiem jeszcze i wstałem i właściwie mniej byłem w tym staniu taneczny, niż na siedząco! No to usiadłem, bo jednak zapragnąłem ekspresji na maksa. Także tak… Tak mi zeszedł czas na tym wydarzeniu. A ludzie darli się, jakby ich opętało. I zazdroszczę i trochę boję się takich obłąkani. Co zaś do koncertu, to pewnie jeszcze pójdziemy na Dawida Podsiadło. I jak mnie ktoś zapyta: „Idziesz na Dawida”, to ja jemu powiem: „Jasne, na Dawida idę”.


Po trzecie: koncert Dawida, to był taka petarda w koronie wizyty w Gdańsku u naszych przyjaciół. Wiadomo, że to było mega prywatne wydarzenie, ale uchylając rondelka tajemnicy powiem tyle: tematy były poruszane, zagadnienia były dyskutowane, zdrowie było wystawiane na szwank i uszczerbek, ale wszystko w ramach przepisów i reguł gry. No i odwiedziliśmy ptasi raj. To taki las,  gdzie żyją ptaki. Na Wyspie Sobieszewskiej. Piękny to był wyjazd. Orunia i jej park nocą. No…




Pies poddany został operacji na wyciągnięcie gwoździa z poprzedniej operacji, który to gwóźdź zaczął  sam się, od środka przebijać na zewnątrz. I trzeba było mu pomóc i psu też. Ostatecznie wszystko się  udało, chociaż Rejka słabo zniosła odurzenie i dochodziła do siebie ponad dobę, ale na szczęście doszła i nadal jest z nami.


I teraz, to już zerknę do telefonu… No tak… 4 czerwca… W Warszawie, wiadomo, marsz nad  marszami. Patrzyliśmy i syn mówi, ej, a włączmy na chwilę TVP Info… No i włączyliśmy… To zostało tysiące razy powiedziane, ale jeszcze raz powtórzę gdyż prawda tysiąc razy powtórzona, może w końcu do kogoś dotrze: jeżeli tak ma wyglądać „informacja”, to nie ma już czegoś takiego, jak „informacja” w TVP Info. To nawet nie jest jej cień. A w rzeczywistości Donald Tusk zagrzewał, a ludzi było bardzo dużo i mam nadzieję, że coś to da. Tymczasem w Toruniu, tego samego dnia, w samo południe, odbywała się uroczystość nadania skwerowi nazwy: „4 czerwca 1989 r.”. Poszedłem tam, bo myślałem, że to będzie wydarzenie współczesne, ale jednak nie. Połapałem się po tym, że obecny był Prezydent Miasta i duża grupa oficjeli plus orkiestra grająca Mazurka Dąbrowskiego. Pan 
Prezydent zdziwił się, że pierwszy raz, na tego typu wydarzeniu, pojawiło się tak wielu ludzi, ciekawe, że nie zdziwił się, że trzymają transparenty w tęcze, czy też z hasłami niesławiącymi partii rządzącej. Po chwili, do milczących transparentów dołączyły okrzyki niesławiące i wtedy podniósł się Pan poseł  Jan Wyrowiński, inicjator całego wydarzenia, który podszedł do mikrofonu i powiedział: „Proszę Państwa, zapraszałem Państwa na uroczystość, a nie na protest. Jeżeli ktoś chce protestować, to niech jedzie do Warszawy”. I tak skończyła się ta ptasia audycja… Polska w pigułce. Bo tutaj, w Toruniu, Rada Miasta, ponad podziałami, PiS, PO i radni prezydenccy, bez głosu sprzeciwu, wszyscy razem, uchwalili że tak skwer się będzie nazywał i nie ma tym samym miejsca na to, żeby zakłócać ten doniosły moment. Wszystko.



Tak. Wszystko… Choć wiadomo, że to zaledwie powierzchnia, widoczny obraz tego, co pod spodem. 

Klamra: 4 czerwca 1989 r. – 4 czerwca 2023 r

środa, 10 maja 2023

Sprawozdanie zaległe

Zaniedbanie, zaniechanie, zawiecha. A może po prostu ten brak czasu tak dolega? Wszystko z tego i cóż z tego i nic z tego. Garść fucktów.

Po chorobie się podniosłem i poszedłem biegać i nawet pobiegłem. To jest wiadomość, bez której nie da się żyć, jak – jak wiadomo – bez 99 % informacji przeze mnie podawanych. No więc biegłem. Powoli, przez las, porannie. Świeciło słońce. Było git. Liście już są, zielone, nowe, podświetlane słońcem aż rażą. To jest ten moment, którego nie powinienem przegapić i którym dobrze byłoby się ucieszyć. Wczoraj, właśnie wracając z przebieżki, ze zdziwieniem zauważyłem, że za chwilę będzie dziewiętnasta, a wciąż świeci słońce. Szok! Na mnie też świeci słońce.

Spotkałem się z kolegą. Łikendowo, w mieście rodzinnym, w celu zrealizowania drobnych prac naprawczych i towarzysko-alkoholowym. Ależ to było spotkanie! Jak znasz kogoś ponad czterdzieści lat i nadal dobrze się czujesz w tym towarzystwie, to coś znaczy. Powiem tylko tyle, że po części zadaniowej przeszliśmy do części sentymentalnego spaceru po mieście młodości, grzechów, błędów, upadków, ale i wzlotów, odlotów, uniesień, zachłyśnięć i zakrztuszeń. W celu prawidłowego przeprowadzenia spaceru przygotowałem – pierwszy raz w życiu! – alkoholowy napój spacerowy. Zakupiłem dwie butelki pepsi, po czym odłożyłem część pepsi na bok, a na jej miejsce wprowadziłem wódkę. Przepis jest prosty, ale skuteczny. Zero witamin, minerałów, zero czegokolwiek zdrowego, po prostu dwie trucizny zmieszane w proporcji tylko wzmagającej ich trucicielskość. To nie mogło nie zadziałać! I żeby nie było, że nie piliśmy piwa! Piliśmy, bo odwiedziliśmy lokal naszej młodości. Jest w Malborku niewiele knajp, ale jedna z nich stoi 300 metrów – w linii prostej - od mieszkania (ważne w kierunku „do”, ale może ważniejsze w kierunku „z” - jaka linia prosta?..). I w dodatku mieści się w zabytkowej budowli. To jest gotyk na dotyk! Czym tam człowiek tego gotyku nie dotknął! Niejedna twarz nosi w sobie ślady cegły gotyckiej i nie chodzi tu o zachwyt wyrażony w kawałku taty Kazika, że coś tam, coś tam, co „tak gotycki mają rys”. W tym przypadku zarysowanie gotykiem, jego dotyk i muśnięcie, to był cios, żeby nie powiedzieć pierdolnięcie!

Ok. Powróćmy do czasów aktualnych. Zatem spacer. No spacer… No nie ma co za wiele w mowie się wyrażać. Są sprawy, które powinny być, ale niekoniecznie powinny być opisane. Rozmowa snuła się rzewna, ale i bez popadania w ton martyrologiczny. Ot, chodzą stare dziady i piją wódkę. Biletów na to by nikt nie kupił. Wydarzenie ekskluzywnie nie na sprzedaż.


Wiadomo, Madonna to ikona i swego czasu mega figurzasta postać, a w połączeniu z zuchawłym spożyciem napojów z puszki, przez zwykłego - a co dopiero zuchwalego! - puszkarza, to dopiero zabójczo emocjonalny koktajl. I ten krzyżak... Tylko w Malborku!


Wydarzenie zostanie z pewnością powtórzone.

Odbyła się też majówka wyjazdowa. Była bania, były bzy, pachniała trawa ścięta i tą trawę pies nasz jadł i wydalał na schwał. Tak. I szczekał. Reja oszalała. Teren ogrodzony i ona, pani na włościach. 4,5 kilo żywej wagi psa stróżującego. I gitara. I grill. I już. Opada kurz.

Syn wrócił z wycieczki do Katalonii. Podobało się. Pokaz zdjęć trwał ponad godzinę. Królowało muzeum z pracami Salvatora Dalego.

Ok. Było dużo, dużo wiecej, ale wiadomo, ten brak czasu tak dolega. Może jeszcze tylko focia z Bydgoszczy, z mojego ulubionego tam kościoła. Cudeńko.



środa, 19 kwietnia 2023

***

 

Dzień dobry, choć chorobowo zmieniony. Infekcja wiosenna, standard, ale wiadomo że cierpienie jest. Moja matka zareagowała obficie diagnozując „tragedię”, na co ja zareagowałem z umiarem uwagą, że skala się skończyła, mimo że jesteśmy dopiero przy przeziębieniu. Dopiero wyruszyliśmy we wspaniałą drogę możliwych niedomagań, a już nie mam pola manewru, choć przecież są jeszcze: glejaki w mózgu, rak trzustki, rak jelita grubego, HIV, nietolerancja laktozy, niewesoły świąd, koklusz, wielourazowe urażenia narządów wewnętrznych po spadnięciu z wieżowca, biegunka krwotoczna i pospolita, itd. Na tym temat w rozmowie telefonicznej z moją rodzicielką wyczerpaliśmy.

Jak to starzy ludzie leżę nocami i myślę o nadchodzącej, nieuchronnej, bezlitosnej śmierci. Myślę sobie tak od trzeciego roku życia, więc właściwie powinien przywyknąć, ale jakoś nie przywykłem. Coraz bardziej uderza mnie upływ czasu ujmowany w osobistym doświadczeniu i eksperymencie myślowym, kiedy to uświadamiam sobie, że od chwili moich narodzin, do dnia obecnego minęło już dużo więcej czasu, niż od chwili narodzin do istotnej daty zakończenia II Wojny Światowej. Brzmi to groteskowo dość… Urodziłem się 29 lat po wojnie… Zaledwie… A urodziłem się 49 lat temu. Proporcja mnie samego zaskakuje. Albo te wszystkie piosenki, jakże współczesne, jakże młodzieżowe i na czasie, które okazują się być ilustracjami filmów z cyklu „w starym kinie”. I nie chodzi o kawałki The Doors czy innych klasyków wiedeńskich z Liverpoolu, tylko – bo ja wiem – The Curie. Właśnie lecieli w radio. Płyta z 1985. Już lata dziewięćdziesiąte powoli grzęzną w kurzu. Dzień, w którym Cobain strzelał sobie w głowę, dzień w którym kończyłem szkołę średnią, dzień w którym nie działo się nic.

Właśnie wyją syreny i biją dzwony. Powstanie w Getcie Warszawskim. Tak się złożyło.

Poza klasycznym przemijaniem właściwie jest ok. Są liczne plany, są w kalendarzu terminy pozaznaczane, jest koncepcja udziału, a co się okaże i czym to się skończy? Melancholia nie powstrzyma wiosny! Choć dzisiaj, póki co, na termometrze 5 stopni Celsjusza i leje deszcz, to odebrałem z paczkomatu okulary przeciwsłoneczne. Miłego dnia. A jakby co...

wtorek, 4 kwietnia 2023

Alert RCB

Alert RCB: strzeżcie się ludzi o wąskich nadgarstkach! Oni przyjdą nad ranem i spalą wasz dom i zjedzą ogrzaną na tym ogniu owsiankę. Jednego takiego znam. Spala domy właśnie, a potem – dla zmiany nastroju - tłucze gradem małe rośliny, demonizuje nawet demony i robi z nich pacynki na swoje palce. A wygląda tak niewinnie, tak bławatnie, z tą brodą zadbaną, jak owieczka, z paznokietkami wypielęgnowanymi i ciepłym uśmiechem. To pozór! W środku jest plątanina kabli, bebechów, deenów i mrocznych niedogodności. Pamiętajcie: wąskie nadgarstki! Witając się z nieznanym zwróćcie na to uwagę, przyjrzyjcie się, ściskając dłoń na powitanie popatrzcie nie tylko w oczy… To ważne! Dla was. Wiem, na tą chwilę sprawa może wydawać się błaha, wręcz wyimaginowana, ale ostrożność nic nie kosztuje.


Ok. Sprawy ważne za nami. Część reportażowa zacznie się informacją o wizycie na koncercie muzyki bardzo kurka poważnej, bo było to Stabat Mater G. B. Pergolesiego. Panie pięknie śpiewały, a ja walczyłem z sennością. Głowa opadła mi ze dwa, może trzy razy, ale na szczęście nie potoczyła się daleko. Czy aby na pewno „na szczęście”? Po koncercie to już plebejsko choć w anturażu stylizowanym na nieco bardziej „ą-ę”, bo w miejscu, w którym nie wypada mieć t-szertu w serek. Oczywiście łamacze reguł byli, są i będą, rebelianci w dresach na salonach, ale my po koncercie
wyglądaliśmy akuratnie. Przy czym należy zauważyć, że na okoliczność michy i utracjuszowskiego picia alkoholu, dołączył do nas Człowiek o Wąskich Nadgarstkach… CoWN. Wiadomo, żeby tak na koncert pójść, to nie, żeby posłuchać lamentu matki nad konającym dzieckiem, to nie, żeby tak trochę duchowej strawy w siebie zapodać, jakoś odżywić tę duszę wątłą i oddalającą się od światła, to oczywiście, kurwa, nie… Co to, to nie… Bo i po co… Ale przyjść, poziom naszej grupowej elegancji obniżyć - proszę bardzo! Także, uważajcie na ludzi o wąskich nadgarstkach.

Wiktor pięć lat później… To już są poważne sprawy. To jest Liceum Ogólnokształcące, to są poranne problemy ze wstawaniem, wieczorne problemy z kładzeniem się spać i brak dostrzegania związku pomiędzy tymi dwoma faktami. Ale co tam, bycie nastolatkiem, to jest ciężki kawałek chleba i - nawet ja jako rodzic niewykwalifikowany - mam tego świadomość. Gdybym miał jakieś tam kwalifikacje w tym kierunku, bo ja wiem, pedagogikę ukończoną lub psychologię chociaż zaczętą, pewnie byłoby łatwiej, ale nie mam nic… I jest nieco trudniej. Przy czym nie marudzę, doceniam i podziwiam, bo chłopak jest na schwał. Ja w jego wieku już bardzo wyraźnie byłem nikim, co z czasem tylko się utrwaliło, ale na szczęście syn ma inaczej. Inne czasy, inne miasto i dopływ dobrych genów ze strony matki.

Oglądamy sobie z żoną „The Last of Us”. I nie wiem, czy ktoś jeszcze to zauważył, ale zarażeni mają… Tak, bardzo wąskie nadgarstki… Przy pobieżnym oglądaniu, to może umknąć, ale kiedy się odrobinę skupić, to jest jednak wyraźnie do wyłapania. Nawet to małe dziecko. Za normalnego jeszcze nadgarstki na miarę świetlanej przyszłości i zegarka godnej marki, a chwila po zakażeniu? Żenada… Palce normalne, dłoń, jako tako, ale same nadgarstki… Jakbyś zapałki w kasztana wetknął. Mam nadzieję, że aktorowi-dziecku nie stała się na planie krzywda i efekt został osiągnięty dzięki cudom grafiki komputerowej stanowiącym ukoronowanie możliwości naszej cywilizacji, a nie jakimś zabiegom będącym u podwalin tejże (że cywilizacji znaczy).

Święta idą. Marsze obronne dobrego imienia Jana Pawła II broniące idą. Wybory idą. A wszystko płynie. Refleksje ogólne dzisiaj nie występują.

piątek, 31 marca 2023

Dzień fobry

Pogubiło się kilka lat. Wiadomo, że w rzeczywistości nic się nie pogubiło, ale jakoś trzeba zacząć. Można uznać, że wygodnie będzie zacząć od pogubienia, z nadzieją na odnalezienie, ale oczywiście wiadomo, że nic z tego… [wulgaryzm]. Niemal pięć lat. W międzyczasie wydarzył się covid, blisko nas dzieje się wojna, nastąpił zgon ojca, zamieszkał z nami pies i kilka jeszcze innych rzeczy się wydarzyło na pewno. Ważnych, mniej ważnych, najważniejszych.

Na przykład Program Trzeci Polskiego Radia zakończył swą działalność w formule strawnej. Powstały dwie stacje internetowe, w których pracę znaleźli redaktorzy i inni pracownicy odchodzący z Trójki. Łaskawie nam panujący politycy PiS to uczynili. Nie udało się za PRL-u, a udało się za tej władzy. To było mocne wydarzenie, takie dotykające codzienności. Jak przez dwadzieścia lat włącza się radio i słucha mniej więcej tych samych głosów, to na prawdę robi różnicę i jest odczuwalne.

Nie ma szans na jakieś podsumowanie tego, co wydarzyło się w międzyczasie. Międzyczas, to czas utracony. Przerwa w rejestracji. Z drugiej strony patrząc, jakie to ma w ogóle znaczenie, czy się patrzy i rejestruje? Mam dziury w mózgu i pamięć w nieładzie, więc nawet jeżeli coś widziałem, to i tak jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że nie pamiętam. Chwytam tylko to, co blisko. A i tak wylatuje. Dobrze wychowani mówią, że „nie wypada”, a mi ciągle wypada… Wylata… I się tłucze.

Od dwóch miesięcy czytam/morduję się z biografią Kopernika. Z czytaniem jest słabo raczej. Jak z wiosną póki co, ale przecież będzie lepiej. Ha, ha, ha.

Mecze dwa w siatkówkę. Zaksa i Jastrzębski w pucharze CEV, Liga Mistrzów znaczy. Oba wygrane i jest szansa na polski finał. Sebastian Świderski zapowiedział podobno, że jeżeli obie polskie drużyny wejdą do finału, to będzie się starał o rozegranie go w Polsce. Na ten moment zaplanowany był do rozegrania we Włoszech.

Ola bloga. No dobra. Spróbuję. Co z tego wyjdzie. Zobaczę.



sobota, 7 kwietnia 2018

Koniec do zobaczenia

Dzień dobry. Jak łatwo zauważyć niewiele widać. Nie widać, bo nie ma na co patrzeć, względnie nie chce się pokazywać, w sumie pobudki są bez znaczenia, liczą się fakty. Długie lata zaprzeczałem własnej zasadzie głoszącej, że mówienie (zwłaszcza przeze mnie) właściwie nie ma sensu i publikowanie siebie właściwie też nie. Zasada była sobie, a życie sobie, no, ale wreszcie dopadło jedno drugie i się czapnęło. Bez wdawania się w szczegóły żegnam się z wszystkimi trzema czytelnikami bloga/blogu, serdecznie dziękując za współudział itd. Oczywiście nie zarzekam się na śmierć, że nigdy więcej, bo przecież w ramach np. oddziaływań terapeutycznych i innych interwencji ratunkowych, być może jeszcze kiedyś, coś, jakoś, gdzieś, ale… Wiadomo: oddzwonimy do Pana! Bo jak zauważył jeden z tych, którzy mieli coś do powiedzenia: „pisać może trzeba, ale niekoniecznie trzeba publikować”. Zatem: niekoniecznie do zobaczenia.

wtorek, 16 stycznia 2018

Rozpoczął siebie Nowy Rok 2018



A więc zima. Przyszła zima i ja przyszedłem do siebie. Oczywiście, nie całkowicie i nie do końca, ale jestem jakby w przedpokoju siebie, więc można powiedzieć, że całkiem na miejscu. Obok butów. Tak…

Impreza z okazji nadejścia Nowego Roku odbyła się u nas. W mieszkaniu na III piętrze, które otoczone jest innymi mieszkaniami, które zamieszkują inni ludzie. W pewnej fazie było głośno, ale co tam, raz do roku, to można tak trochę pokrzyczeć (pośpiewać).

Z rzeczy ważnych, artykuł na Onecie pod tytułem: „Agnieszka Woźniak-Starak podpadła Joannie Krupie. Głos zabrała nawet Doda”. Ze strachu i od nagromadzenia autorytetów nie przeczytałem. Do dzisiaj pamiętam, jak na studiach z kolegą Piotrkiem uczyliśmy się chyba z filozofii i co chwila zawieszaliśmy się na solipsyzmie w ujęciu George’a Berkeley’a… Było to dość smutne. Już wydawało się nam, że „mamy to”, ale po chwili jednak, że nie… Chcąc uniknąć podobnej sytuacji - jednak dość kompromitującej (w moim wieku pól do kompromitacji jest już wystarczająco dużo!) – stanowczo artykułu nie przeczytałem. Wystarczyło mi nasycić się tytułem.

Rząd nam się zmienił. Wbrew przewidywaniom lewactwa, zmienił się dość znacznie, choć – zgodnie z przewidywaniami lewactwa – w sumie nic się nie zmieniło. Bo i tak wiadomo, kto ciągnie za sznurki! Pojawienie się, bądź nie pojawienie się Pana Jarosława Kaczyńskiego na dowolnej imprezie (odwołanie/powołanie) jest równie ważne i znaczące. Milczenie jest wymowne, nieobecność jest zauważalna, czasem podając rękę bardziej jej nie podaje, niż kiedy podczas przywitania rzeczywiście trzyma ją w kieszeni… Sprawy w polityce oczywiste, abecadło, podstawy komunikacji. Komentatorzy są w swoim żywiole. Trwa odczytywanie znaków. Oczekiwanie na trzewia z rozprutego brzucha Antoniego, by móc dzięki nim zobaczyć najbliższą choćby przyszłość Polski.

WOŚP zbierał i sporo zebrał. Patryk Jaki też dał radę zaznaczyć swoją obecność przy tej okazji. Pan Patryk chyba zawsze jest w stanie „dać radę” i „zaznaczyć”. Skracając – ale tylko nieco! - ciąg myślowy – ale tylko nieco! - Pana Jakiego: Owsiak wraz z orkiestrą chciał zabić dziecko Pana Patryka Jakiego. Tu kończę, bo co właściwie można dodać?

A wczoraj siedzieliśmy czekając na wizytę duszpasterską, która nie doszła do skutku... Cała nasza klatka, pełna dusz ubojnych czekających na pasterza, nasłuchiwała i trwała w napięciu. Coś szurgnęło na schodach, to zaraz drzwi się uchylały i nic… To nie on. Ostatecznie, po serii konsultacji telefonicznych z piętrem poniżej, po wysłaniu zwiadu do klatki obok, po kolejnym uchyleniu drzwi, około 21.30 w konsultacjach społecznych, na korytarzu zapadła decyzja: nawet, jak przyjdzie, to nie przyjmujemy… jest już za późno na wypas, niech się – trudno – dusze nasze błąkają, niech żrą co popadnie, najwyżej niestrawność będzie je trawić, sraczka jakaś z tego wyniknie, czkawka, coś się zwymiotuje, odbije, trudno. Pasterz nie nadszedł. Jak stwierdziła sąsiadka: jak w każdym mieszkaniu kielicha walnął, to nie ma szansy, żeby dotarł. Pomówienie, nadinterpretacja, czy po prostu ugruntowana wiedza? - nie wiem, ale jedno jest pewne: książę nie dotarł.

Kończąc tę/tą notkę, z niebytu się wydobywającą składam zainteresowanym życzenia hepinjujera i żebyśmy byli stylowi!


Pamiętajmy, że smak obowiązuje, ale nie popadajmy przy tym w przesadną powagę i samozatwardzenie, że mój gust i przeze mnie słuchane piosenki są ładniejsze od przez ciebie i tym podobne próby pomiatania twórczością Stinga.