piątek, 23 marca 2012

Sudoku

Przegląd zdjęć trwa. Oto plażowe sudoku. Efekt wyjazdu nad morze. Morza, co prawda nie widać, zapowiadanego zachodu słońca też jeszcze nie, ale kawałki plaży wydają mi się równie ładne.


czwartek, 22 marca 2012

Żądam zieleni w kolorze blue!

Wiosna, a ja chętnie bym już popatrzył na to, jak na lato. Przeglądałem ostatnio zdjęcia, co – w łaskawie panujących nam czasach aparatów cyfrowych - jest wyzwaniem nie lada! Kiedyś człowiek kupował kliszę, na niej było 36 klatek i koniec. Każde naciśnięcie migawki, to była decyzja podejmowana w sposób przemyślany, takie bardzo świadome ojcostwo i macierzyństwo razem wzięte. A teraz? Z jednej imprezy dwieście, trzysta, tysiąc pięćset sto dziewięćset zdjęć. Nadmiar, to masakra. Nadmiar możliwości, to „masakra2”! Bo kto potem ma czas oglądać to wszystko?! Odpowiedź brzmi: nikt…
Ale ja nie o tym. Przeglądałem zdjęcia i w oko wpadły mi między innymi takie z czasów, kiedy podróż na trasie Malbork – Toruń odbywałem pociągiem… W piętrusie. Na każdej stacji postój. Zimą zimno, latem za gorąco. Brak przedziałów, plastikowe albo skają obite siedzenia. No i prędkość! Trasa 140 km pokonana w niemal cztery godziny. Dla uzdolnionych matematycznie zadanie: jaka była średnia prędkość pociągu? Odpowiedź może zaskoczyć. Z drugiej strony trzeba przyznać, że była to prędkość właściwa do niezdrowego (z przyczyn zdrowotnych) i zakazanego (z przyczyn bezpieczeństwa) palenia papierosów w otwartych drzwiach wagonu. Siadało się z nogami na zewnątrz, opierając je na stopniach schodów (jak widać na zdjęciu nie tylko) i patrzyło na malownicze łąki, lasy, pola uprawne. Zieleń, zieleń. Tak, stanowczo żądam dostępu do zielni!

  
 Póki co, mam zdjęcia i wiadomo: nie zawaham się ich zużyć!


Ja wiem, że to - jak mówi moja żona - landszafty, ale co tam, niech będzie i tak, że jestem landszafciarzem! A jak się zbiorę w sobie i okrzepnę, to zamieszczę tu zachody słońca! To dopiero klasyka gatunku!

wtorek, 20 marca 2012

Słońce na mnie świeci i odbiera mi chęć na poruszanie sobą

O wszystkim już chyba napisałem na moim blogu. Nie podałem jeszcze tylko wygrywających numerów totolotka, ale to będzie moja słodka tajemnica, którą zabiorę do grobu. W grobie też trzeba mieć jakieś ważne rzeczy do zrobienia, bo samo przeganianie kretów i dżdżownic, to jednak mało. A – przyznajcie to sami – skreślenie szóstki, puszczenie totka i zwycięstwo z pozycji denata, to musi być pasjonujące. 
Ech.. Lenistwo i nic tylko lenistwo, oto przyczyna bezruchu. Czasami tak mam, że nic mnie nie kręci. To nie są jakieś obniżki nastrojów, dołowania, stany pseudodepresyjne, po prostu rzeczywistość spływa po mnie, jak kaczka po wodzie. Patrzę na świat i nie zachodzi reakcja zazębiająca, mechanizm we mnie nie rusza. Nie irytuje mnie Jarosław Gowin, nie porusza powypadkowy Jarosław Wałęsa, wariaci strzelający do dzieci, czy wariaci porywający dzieci, owszem budzą sprzeciw, ale - skoro, to nie ja strzelałem i porywałem – nie wywołują piany na usta me. Nawet kiedy rano przeglądałem gazetę i dowiedziałem się strasznych rzeczy o Franzu Kafce, to ani serce, ani ręka mi nie zadrżały… Po prostu przerwałem lekturę i przewróciłem stronę.

piątek, 9 marca 2012

Dlaczego nie zabronisz mi czytać literatury iberoamerykańskiej?..

Dzieci są źródłem radości i utrapienia, zupełnie jak psy i koty, jak wszystkie psy i koty tego świata, spętane w jeden malowniczy kłąb i wrzucone do jednego mieszkania. Dzieci są też źródłem niebanalnych i zaskakujących stwierdzeń, przede wszystkim zaś: dzieci demaskują… Wiem o tym, bo zostałem ostatnio w bezlitosny sposób zdemaskowany przez Wiktora. Podczas jakiejś utarczki domowej, kiedy próbowałem wyegzekwować coś od dziecka i zagroziłem mu zakazem oglądania telewizji, dziecko postanowiło odwdzięczyć mi się pięknym za nadobne i stwierdziło, że ono też zabroni mi robienia tego, co lubię najbardziej! Dziecko przez chwilę się zastanawiało, co by tu wybrać z szerokiego wachlarza moich ulubionych zajęć, po czym z zabójczą prostotą stwierdziło:
                - A ja zabronię ci pić alkoholu!
Muszę przyznać, zabolało… Nie próbowałem walczyć. Precyzyjnie trafiony, melancholijnie pomyślałem tylko, czy picie alkoholu rzeczywiście jest tym, co lubię najbardziej i skąd moje dziecko o tym wie? Kto utwierdził mego syna w przekonaniu, że to jest właśnie to?! Nie chodzi o to, żebym się wykręcał! Nie zaprzeczę przecież: pijam. Na przestrzeni kilkunastu w sumie już lat spożywania napojów alkoholowych, zdarzyły się zapewne i takie przypadki, kiedy to picie urągało podstawowym zasadom zdrowego rozsądku i BHP, ale było to dawno, minęło bezpowrotnie i uległo przedawnieniu! Od tamtej pory na świat przyszły miliony ludzi, miliardy owadów skonało na szybach samochodów, hektolitry wody wpadły do mórz i oceanów. Młodość się wyszumiała i nadszedł czas statecznej dorosłości z zainteresowaniami poważnymi, udało mi się np. skończyć studia… Aktualnie zaś posiadam na stanie przecież jeszcze co najmniej kilka pasji, zainteresowań, zajęć… Ech…
Niemo patrząc w oczy syna zapytałem w myślach: dlaczego nie zabronisz mi czytać literatury iberoamerykańskiej?

PS. Po tej przygodzie w domu, Wiktor zdecydował się jeszcze raz zabronić „tego, co lubię najbardziej”. Tym razem rzecz działa się w przedszkolu, na korytarzu, w towarzystwie innych rodziców odbierających swoje pociechy… I kiedy czekałem na wykonanie wyroku, to dziecko zlitowało się nade mną i stwierdziło, że zabroni mi „oglądania sportu w telewizji”… Ulżyło mi.

Nagła wiosna

Czas płynie coraz szybciej. Znowu jest piątek, a przecież jeszcze całkiem dobrze pamiętam piątek poprzedni! Jakoś tak mam ostatnio, że nim się obejrzę mija tydzień. Skąd to się bierze? Przecież jeszcze nie tak dawno, dziecięciem będąc, obserwowałem, jak czas wlecze się powoli i leniwie. Nadchodziły wakacje i na samą myśl o dwóch miesiącach wolnych od szkoły przeszywał mnie dreszcz, bo przecież stałem u wrót wieczności. Ba! Jeszcze ze dwa, może trzy lata temu przebrnięcie od poniedziałku do piątku zajmowało mi dwa lata i piętnaście minut, a teraz? A teraz rano jest poniedziałek, a około godziny osiemnastej orientuję się, że właśnie wróciłem z pracy i jutro jest sobota. Zdanie zaczynam we wtorek, a kończę we środę na ranem. Mówię: „dzień dobry”, ziewam i zasypiam - jest chwila przed północą. Czas stanowczo przyspieszył. A może to ja zwolniłem?
Wiosna. Nie da się ukryć, że to już prawie wiosna. Na spacerach w czasie zeszłotydoniowego łikendu obserwowaliśmy w parku ptactwo, robactwo i inną zwierzęcinę radośnie podskakującą w wiosennych podskokach. Sporo ludzi spacerowało alejkami, co znacznie utrudniało rozegranie meczu w szyszkę. Lód na rzece puścił. Gęsi przyleciały. Bociany też. Wiosna.
W przyszłym tygodniu idę z Wiktorem na urodziny. Wiktor dostał zaproszenie do sali zabaw. Kinderbale, mają tradycję i to nie jest nic złego, zastanawiam się tylko, czy tego typu impreza dla czterolatków, to jest właśnie to, o czym czteroletni młodzieńcy marzą? Ok. Tak czy inaczej: idziemy. Może powinienem zabrać obuwie na zmianę? Kto wie, może i mi przyjdzie biegać, zjeżdżać, brać czynny udział?
Gdzieś usłyszałem, że dzięki posiadaniu dziecka, rodzic sam trochę wraca do krainy dzieciństwa. Zwłaszcza mężczyzna. Bo to i kolejką może się bezkarnie pobawić, poganiać w krótkich gaciach za piłką, czy pooglądać bajki, a może w pakiecie będzie też spowolnienie czasu?.. Inne odczuwanie tego, jak płynie i przecieka mi przez palce.

czwartek, 1 marca 2012

Koszyk na piknik(ów)

Chciałem zacząć od słów „Portugalczyku, jak nóż bezlitosny”, ale… Jaki on tam - ten Portugalczyk – bezlitosny? Przyleciała reprezentacja Portugalii obejrzeć stadion w niemal naturalnych warunkach bojowych i obejrzała, a ja patrząc na mecz chwilami miałem wrażenie, że goście powyjmują z kieszonek strojów sportowych aparaty i zaczną - sobie i obiektowi - robić zdjęcia. I nawet nie poczekają na chwilę rzutu wolnego czy inną przerwę w grze. Ot, po prostu, jeden drugiemu strzeli fotkę w malowniczym wślizgu, czy też w pomnikowej pozie na tle szalejącego tłumu kibiców.
Szalejący tłum kibiców… Było prawie, jak we Fraglesach: „Czas na piknik!”. I grupa sympatycznych pluszaków zaczyna wesoło śpiewać. Cienkimi głosami, milusio, atmosfera podgrzewa się o jakieś 0,3 stopnie Celsjusza. Jedyny moment, w którym publiczność zgromadzona na stadionie reagowała w sposób „stadionowy”, to było buczenie i gwizdy, gdy do piłki dochodził CR7. Wtedy pluszaki, wspinając się na szczyt swoich możliwości, przechodziły na ciemną stronę mocy, a – pamiętajmy o tym wszyscy! - pluszak po ciemnej stronie mocy, to jest coś strasznego! Szkoda, że pluszaki dały radę wykrzesać z siebie nieco energii tylko w takich momentach, natomiast zabrakło jej zupełnie do prowadzenia dopingu zagrzewającego do walki naszą reprezentację.
Nasza reprezentacja wyszła na boisko i zagrała mecz. Powiem Wam, że z mojej perspektywy ta gra nie wyglądała nawet źle. Pewnie jest to efekt obniżenia standardów, co do moich oczekiwań wobec gry naszej repry, ale - jakby nie było - nie było źle. Osobiście podobał mi się Damien Perquis. No dobra, Błaszczykowski Jakub i Wojciech Szczęsny też byli ok. Ogólnie było ok!
Sam stadion zaś w telewizorze prezentuje się ładnie i nawiązuje do niedzielnych spotkań z rodziną. Wiadomo bowiem, że na piknik powinno się zabrać koszyk z jedzeniem i coś do picia. Woda, sok i herbata dobrze gaszą pragnienie i jednocześnie dają kopa.