czwartek, 14 lipca 2011

Zorganizowany niezorganizowany wypoczynek letni

Pada deszcz. Lipiec. A my wybieramy się na urlop… Nastroje mieszane. No i jeszcze trzeba się spakować. Pakowanie się, czyli zabieranie domu ze sobą, to nie jest to, co lubię robić. Wszelkie selekcje i podziały, na to, co trzeba zabrać, a co można zostawić, są „w poprzek” mojej osobowości. Ta… Najchętniej zabrałbym wszystko albo nie zabierałbym nic. Przesadzam tylko trochę. Tak czy inaczej waham się pomiędzy dwoma biegunami. Na jednym z nich jest zabranie dużej ilości rzeczy, a na drugim minimalizm posunięty do granic absurdu (szczoteczka do zębów i portfel). Jakoś się przemogę i drogą prób i błędów, po konsultacjach i przy wsparciu rodziny, się spakuję.
Zaległości. Miałem opisać wrażenie po projekcji „Melancholii” Larsa von Triera. Ach… Minęły trzy tygodnie od wieczoru, kiedy widzieliśmy z A. rzeczony film i chyba nie mam już na to recenzowanie ochoty. Zapraszanie na dzieła L. von Triera jest teraz raczej źle widziane, jego wypowiedzi na festiwalu w Cannes – nawet pomimo późniejszych tłumaczeń – to nie była dobra promocja. Poza tym: pada deszcz, jest – jak dla mnie – za ciepło, ciśnienie spada, na Onecie wpadł mi w oko artykuł o wielkim głodzie w Chinach. Jak tu jeszcze raczyć się wspomnieniami filmu, w którym nic tylko depresja, zupełnie dosłowny koniec świata, bezsilność, tragedia bez katharsis? Nie mam ochoty. Jak ktoś czuje, że da radę, niech idzie. Powiem tylko tyle, że w porównaniu z „Antychrystem” jest lepiej, ale czy „lepiej” znaczy „dobrze” i czy w porównaniu z „Antychrystem” mogło być gorzej? Nie rozstrzygam, poddaję tylko pod rozwagę.
I co? I nic. Deszcz przestał padać. Łódka wyczarterowana. Pokoje pozamawiane. Zaliczki popłacone. Rachunki też. Samochód po wizytach u mechaników, wydaje się, że da radę. Nic tylko jechać, płynąć, radować się i wypoczywać! Kwiatami mają się zająć ludzie zaufani. Chodzą słuchy o bezeceństwach wyprawianych przez nich w naszym mieszkaniu podczas naszej zeszłorocznej kanikuły, ale czego to inni nie powiedzą o ludziach zaufanych, żeby tylko im dopiec? Bezinteresowność ludzka w czynieniu zła innym, to jest temat: „rzeka”. Ja uważam, że nasze kwiaty, ubrania i gitara, wraz z resztą dobrostanu, pozostają pod dobrą opieką. I żeby ludziom zaufanym ułatwić dostanie się do naszego mieszkania, to wezwałem nawet ślusarza, który ma usunąć zacinania się zamka. W zeszłym roku kolega majstrujący przy drzwiach obawiał się reakcji ze strony czujnych sąsiadów i nie chcę narażać go na ewentualną powtórkę. Jego wrażliwe serce i skołatane nerwy mogłyby nie znieść dobrosąsiedzkiego ciosu patelnią w potylicę.

czwartek, 7 lipca 2011

Fanatycy cyklizmu

To nawet nie będzie notka. To będzie notki strzęp, ochłap, imitacja.
Notka haiku.
I zdjęcie.


I jeszcze coś. Też o białym rowerze. Starsi pamiętają, młodsi mają szansę się zapoznać.

wtorek, 5 lipca 2011

Chłopiec z Wadowic pośród wampirów

Miało być o czymś innym, ale będzie o czymś zupełnie innym. To znaczy, miałem opisać wrażenia z obejrzenia filmu Larsa, ale póki co będzie tylko krótko o zamieszczonym w dzisiejszej GW rankingu bestsellerów w kategorii „książka”, a konkretnie w podkategorii „dla dzieci i młodzieży”. Od jakiegoś czasu przeglądam Wyborczą i natykam się na wzmiankowany właśnie ranking. Większość tytułów mówi mi mało, a już tytuły w podkategorii „dla dzieci i młodzieży” nie mówią mi nic. "Nie mówią" w sensie „nie przemawiają do mnie”, bo co do klimatu, jaki reprezentują sprawa jest wyartykułowana w sposób wyraźny i nie pozostawiający cienia złudzeń. Od miesięcy królują wampiry, których przygody opisane są w „Pamiętnikach wampirów”, ale nie tylko.
OK. Rzut oka na ranking aktualny. Miejsce dziesiąte: „Książę mgły”, Carlos Ruiz Zafon, chyba nie o wampirach – myślę sobie i czytam krótki opis. Rzecz jest o trojgu dzieci, które wraz z rodzicami przeprowadzają się do osady na wybrzeżu Atlantyku. „Wokół dzieją się złowrogie rzeczy”… Może dlatego, że akcja toczy się w roku 1943? – myślę sobie po raz drugi, ale dla pewności sprawdzam w sieci, no i? Nie… To nie wojna jest źródłem „złowrogości”, to zły czarownik tam miesza i sieje grozę. Swoją drogą, ciekawe czy w książce opisującej rok 1943 pojawia się, choć na chwilę, II wojna światowa? Chociaż jako tło, na tle którego można przestraszyć się i ze zgrozy zadygotać, może chociaż tyle?..
Miejsce dziewiąte: „Pamiętniki wampirów. Księga 3. Dusze cieni”, L.J. Smith. Na ósmym: Księga 2, na siódmym: Księga 1. Tu sprawa jest jasna. Z opisów i tytułów widać o co chodzi. Współczesna nastolatka w części pierwszej jest rozdarta „między konkurującymi o nią braćmi wampirami” i - jak mogę się domyślać, zapewne w wyniku tego rozdarcia - ponosi śmierć, która jednak nie kończy jej działalności, bo w części drugiej nastolatka „wspomaga z zaświatów walkę swoich szkolnych przyjaciół z wampirami. Następnie zmartwychwstaje”. No… A więc zmartwychwstaje i w trzeciej części znowu pogrąża się w niełatwym i skomplikowanym życiu nastolatki, która „próbuje odnaleźć ukochanego wampira, ale jej serce coraz bardziej skłania się ku jego bratu”… Tak. Jak zaznaczyłem: tu sprawa jest jasna.
Miejsce szóste: „Osaczona. Dom nocy 5”, Kristin Cast. Ktoś ma złudzenia? Z opisu: „perypetie uczennicy szkoły dla wampirów. Nastolatka i jej przyjaciele walczą ze złem, tym niebezpieczniejszym, że ma twarz Anioła”. „Anioła” z dużej litery, więc szacunek jest wyraźnie zaakcentowany, żyjemy przecież w katolickim kraju i tradycja judeochrześcijańska jest tym, czym oddychamy na co dzień.
Pozycja piąta, czyli: tego nie kupują dzieci, tylko ich rodzice. „Poczytaj mi, mamo. Księga pierwsza”. Wiadomo. Książka dla małych dzieci, to starzy czytają i starzy wybierają. Staroć, gniot, pozostawiam to bez komentarza, zwłaszcza, że sam to czytam więc nie będę się teraz publicznie pastwił nad sobą.
Na czwartym jest: „Miasto upadłych aniołów. Dary Anioła. Tom 4”, Clare Cassandra. Opis jest krótki, więc zacytuje w całości: „Powieść. Zwykła nastolatka, demony, potwory, anioły i Nocni Łowcy”. Przeczytałem opis i nie pasowała mi tylko „zwykła nastolatka”, reszta jest ok.
Miejsce trzecie: „Pamiętniki wampirów. Księga 4. Północ”. Hm… Dramat trwa. Współczesna nastolatka „wciąż nie może się zdecydować, któremu z braci wampirów pragnie oddać serce”. Jak widać: historia tętni życiem wiecznym.
I teraz pozycja druga, czyli to, co zainspirowało mnie do napisania niniejszej notki (ninotki znaczy)! W oceanie demonów, wampirów, magii i zła, pojawia się kropla jasności: „Chłopiec z Wadowic. Biografia błogosławionego Jana Pawła II dla dzieci”, Małgorzata Skowrońska i Robert Nęcek. Opis, być może z faktu oczywistej oczywistości zakresu tematycznego, jest krótki i ubogi, oprócz zdania powtarzającego część tytułu, że to biografia dla dzieci, dodaje tylko: „Przystępny język, anegdoty i tło historyczne”, ale nawet jeżeli GW nie w smak tak wysoka pozycja biografii błogosławionego, nawet jeżeli nie jest to lektura polecana przez GW, to i tak nie można jej nie zauważyć! I schować się mogą na stojąco pod szafę wszystkie zmartwychwstania z Księgi drugiej, czy Anioły i Nocni Łowcy, wobec tego, napisanego językiem przystępnym, kompendium wiedzy o życiu JP II. Miejsce drugie, awans z czwartego. Zastanawiam się tylko, czy w przypadku tak wysokiej pozycji na liście bestsellerów nie mamy ponownie do czynienia ze zjawiskiem wyboru zakupu przez dorosłych? Ranking jest za miesiąc maj, a maj jest przecież miesiącem Pierwszych Komunii... Ach, a może lepiej tego nie wiedzieć i po prostu wyobrazić sobie wakacje, ciepłe dnie i wieczory i młodzież oddająca się niespiesznej lekturze biografii… Gdzieś w cieniu drzewa, na zielonej trawie, na łóżku podczas przerwy w kolonijnym programie dnia, na plaży nadmorskiego kurortu, gdy nasmarowana olejkiem do opalania młoda dziewczyna, niemal dziecko bezpiecznie zażywa kąpieli słonecznej.
Miejsce pierwsze na liście odnotowuję tylko z obowiązku: „Pałac Północy”, Carlos Ruiz Zafon. Nie ma wampirów, są przyjaciele, a poza tym: „Płonący pociąg, dworzec widmo, ognista zjawa - to tylko niektóre elementy makabrycznej łamigłówki, którą przyjdzie im rozwiązać”...
Reasumując: na dziesięć pozycji na liście - sześć to wampiry i takie tam, dwie (1 i 10) to powieści grozy, również zahaczające o klimaty magiczne i nie z tego świata, jedna to książka ewidentnie do czytania przez dorosłych i jedna to biografia JP 2. Wnioski? Potrzeba fantastyki wśród dzieci i młodzieży nie umarła! Hurra! Niech żyje wyobraźnia!

wtorek, 28 czerwca 2011

Podróże kulturalne i po ziemi też

Po kolei. Poprzednio napisałem, że nic się nie dzieje, no i zdania nie zmieniam, choć w międzyczasie wydarzyło się sporo. W ciągu ostatniego tygodnia przemieszczaliśmy się z A. i Wiktorem w przestrzeni, jak prawdziwi podróżnicy. Odwiedziliśmy mieszkańców Trójmiasta oraz zwiedziliśmy Galerię Bałtycką (to taki sklep), w drodze powrotnej do Torunia porzuciliśmy dziecko u  babci i - korzystając z okazji - mogliśmy spotkać się ze znajomymi, poszliśmy do kina i prawie się wyspaliśmy. Kulturalnie rozerwani i w pełni zrelaksowani odebraliśmy dziecko od babci i dalej już razem pojechaliśmy odwiedzić rodzinę w Olsztynie, gdzie znowu opiekę nad dzieckiem przekazaliśmy na chwilę osobom trzecim, aby w tym czasie pójść do kina. W okolicach Olsztyna zastrajkował nam samochód i tylko dzięki szczęściu i uprzejmości zupełnie obcych ludzi udało się nam wyjść z kłopotu, za co serdecznie chciałbym raz jeszcze podziękować osobom zainteresowanym. Tyle tytułem wstępu. Teraz nieco szczegółów.
Trójmiasto. A. najchętniej przeprowadziłaby się do Trójmiasta. Pięć lat studiów, grono znajomych, poczucie „bycia u siebie”, jak śpiewa Em: „tu wszystko się kończy i zaczyna, Gdańsk, Sopot, Gdynia”. Ja nie jestem aż takim miłośnikiem Trójmiasta, ale muszę przyznać, że mnie też się tam podoba. Jest różnorodnie – przecież to trzy w jednym! Jest morze. Jest – w porównaniu z grodem Kopernika – mnóstwo imprez, na których chciałoby się być, a nawet jakby się nie chciało – jak mnie się często nie chce – to i tak zostałoby się kulturalnie zmuszonym do uczestnictwa i byłoby się człowiekiem – choćby i niechcący – ukulturalnionym i uspołecznionym. Jest Sopot. Trójmiasto ma wiele plusów, a to, że ulice są rozkopane, to nie ma znaczenia, teraz ulice wszędzie są rozkopane. Nie ma w Polsce teraz ani jednej ulicy, która nie byłaby rozkopana, w każdym mieście, w każdej gminie kopią. Kraj się dźwiga, to kraj musi się rozkopać.
Ok. Pojechaliśmy tam nie po to, żeby obserwować zryw modernizacyjny, ale po to, żeby spotkać się z ludźmi, których nie widzieliśmy od bardzo, bardzo dawna. No i się spotkaliśmy. Wszyscy przez nas odwiedzani są szczęśliwymi posiadaczami potomstwa i wszyscy mają po jednej sztuce dziecka płci żeńskiej. Wynika z tego, że:
·         po pierwsze: Wiktor ma się z kim bawić, a my możemy spokojnie oddać się rozmowie;
·         po drugie: jeżeli Wiktor nie zrealizuje zaplanowanej dla niego ścieżki kariery (docelowo ma zostać papieżem i zasiąść na Sedes Apostolica w Rzymie), to będzie miał w Trójmieście kilka koleżanek, z którymi będzie mógł zadzierzgnąć więź przyjaźni.
Odwiedziliśmy 3 domostwa. Poszliśmy na spacer nad morze, na „nudną plażę”, w deszczu i przez las. Mieliśmy szansę zaobserwować, jak z kartonowego pudełka można próbować zrobić akwarium i jak wygląda akcja masowego kąpania zabawek. Dowiedzieliśmy się, jak we Wrzeszczu taksówkarze radzą sobie z zakazami skrętu w lewo, a w Galerii Bałtyckiej, że buty które chciałem  kupić są w Polsce po prostu niedostępne. Mogliśmy wreszcie zapoznać się z niesamowitą grą w małpki i koncertową płytą Damiena Rice’a. Miały oczywiście miejsce „nocne Polaków rozmowy”, spożywanie alkoholu i nagłe zamyślenia. Była to bardzo udana wizytacja rdzennie polskiego trójmiasta hanzeatyckiego, z jego rdzennie polskimi mieszkańcami.
Potem Wiktor po raz pierwszy został słomianym sierotą i został u babci na całe trzy dni! Nie powiem, obawiałem się jak to będzie, ale okazało się, że dziecko nie tęskni to tyranii rodzicielskiej miłości i do żłobka też nie. U babci bije źródło niekończących się przyjemności. Myślałem, że po pierwszej euforii potomek zatęskni, ale nie zatęsknił, no i dobrze! Mieliśmy czas na spotkanie towarzyskie i wyjście do kina.
Poniedziałek to nie jest najlepszy dzień na długie siedzenie w podziemiach knajpy, ale bardzo ucieszyliśmy się, że w końcu udało się nam z A. spotkać z kilkoma osobami dawno nie widzianymi, a następnego dnia poszliśmy z A. do kina… Film polski. Nie pamiętam teraz, w której gazecie napisali, że to dobry film, a w której, że wręcz przeciwnie - Wyborcza i Rzeczypospolita różnią się często nie tylko w ocenie zagadnień ze świata polityki – ale im dalej od projekcji, tym bardziej film wydaje mi się kiepski. Niektórzy bronią filmu dobrą grą aktorską, dobrymi zdjęciami, dobrą muzyką czy innymi dobrami, jakie zawiera, jasne, można i tak, film jest materią złożoną i skomplikowaną. Ostatecznie jednak wypada uznać, że wobec absurdów rzeczywistości przedstawionej (wina scenarzysty i reżysera) - przejawiających się między innymi w sposobie pokazywania prowadzenia śledztwa (np. odsłuchiwanie ważnego nagrania stanowiącego dowód w sprawie o zabójstwo w restauracji pełnej ludzi lub też pozostawienie człowieka przyznającego się do zabójstwa samotnie, co ten wykorzystuje by popełnić samobójstwo), czy nachalnie wstawionej scenie łóżkowej – film się nie broni. Osobiście filmy z zagadką, filmy zagmatwane cenię za logiczną spójność i prawdziwość rozwiązania, po obejrzeniu dzieła zagadkowego jestem nawet w stanie zaaplikować sobie drugi seans tylko w celu sprawdzenia, czy wszystko się zgadza? W przypadku omawianego utworu zagadka kryminalna zostaje rozwiązana, ale jej rozwiązanie samo stanowi zagadkę i pozostawia w odbiorcy niedosyt. Tyle o średnio udanym filmie polskim.
Wstał kolejny dzień i – po dniu twórczo spędzonym w pracy - średnio udanymi polskimi drogami ruszyliśmy po odbiór naszego dziecka, które – jak dowiedzieliśmy się w międzyczasie – zapadło na zapalenie oskrzeli, ale i tak bawiło się dobrze, było tłumnie odwiedzane, samo odwiedzało i stanowiło lokalną atrakcję turystyczną. Dzieciaka w domu nie zastaliśmy, bo właśnie był z babcią na urodzinach… Imprezowicz. Poszliśmy jego tropem, złożyliśmy życzenia, zjedliśmy po kawałku tortu, napiliśmy się wódki, pogwarzyliśmy, po czym udaliśmy się na spoczynek, by następnego dnia ruszyć do Olsztyna. Życie to podróż!
W Olsztynie wizytowaliśmy siostrę A. i jej męża, którzy niedawno weszli w posiadanie własnego mieszkania. Mieszkanie piękne, po kapitalnym remoncie, w starym budownictwie, ale wszystko nowe: od podłóg, poprzez ściany, drzwi, okna aż do sufitów. Sam Olsztyn też ładny, przynajmniej w zakresie przez nas doświadczonym. Wiktorowi podobał się plac zabaw i opady deszczu, po których powstały kałuże, jak raz nadające się do brodzenia. Nam zaś podobała się możliwość kolejnego wyjścia do kina, ale o kinie i o tym co widzieliśmy napiszę może już w innej notce, bo – jak powszechnie wiadomo – długości tekstów nie powinny być przesadzone.
Przerywając relację w tym momencie powiem tylko, że – tu znowu porównanie z Toruniem – cena biletu do kina studyjnego z lekka nas zaskoczyła. 18 zł. Kino „Awangarda”, z którego awangardowatości nie pozostało nic, ceni się bardzo, ale – tu uwaga! – nie odstrasza to amatorów oglądania filmów w niewygodnych fotelach, z dźwiękiem bardzo nie dolby surand i ekranem zawieszonym tak wysoko, że mięśnie karku zostają mocno zaangażowane w proces odbioru dzieła. Na sali było chyba ze trzydzieści osób. W upadłym jakiś czas temu toruńskim Naszym Kinie nie widziałem chyba takich „tłumów”, a projekcja polskiego filmu, o którym wspominałem powyżej, zgromadziła na sali multipleksu – wliczając w to A. i mnie – pięć osób.
Podsumowując. Odbył się wielki rajd po Polsce północno-wschodniej, z którego wróciliśmy wypoczęci, uśmiechnięci i zadowoleni, a że po mnie nie zawsze to widać, to wyłącznie moja wina.

piątek, 17 czerwca 2011

Nie dzieje się nic

To już czerwiec. Ależ ten czas leci i w locie tym nie przeszkodzi mu najgęstsza choćby mgła, najgrubsza brzoza, największy absurd „transferu politycznego”, no po prostu nic. Dzisiaj zatem notka w kategorii: „zbiorczo, że czas płynie ale i tak nic się nie dzieje”. Zatem…

Byliśmy nad morzem. Już dawno… To było w przeszłym życiu, dwa tygodnie temu - ba! - ponad dwa tygodnie. Nadmorski piasek nadal w niewielkich ilościach sypie się z mojego plecaka, w którym noszę milion niepotrzebnych rzeczy i kanapki, ale wspomnienia obumarły…
Pojechaliśmy w miejsce znane sobie z zeszłorocznego wypadu. Pomimo nie do końca miłych wspomnień, postanowiliśmy nie eksperymentować i wybraliśmy znane zło. Zaopatrzeni w zakupioną - właśnie na okoliczność zeszłorocznego pobytu – maszynę dogrzewającą, przybyliśmy do Jastrzębiej Góry. Pensjonat stał pusty. Przywitała nas właścicielka, pokazała pokój, zostawiła klucze i odjechała. Zostawiła nas samych w całym wielkim domu. Nie ukrywam, że pobiegłem do kilku pokoi sprawdzić, czy pojawiły się nowe prace. Trzeba bowiem wiedzieć, że właścicielka jest równocześnie malarką i własnymi płótnami (pomalowanymi!) dekoruje pensjonat. Co do jakości tych prac zdania są podzielone, ale ja osobiście doceniam ludzi z pasją, nawet jeżeli nie wszystko się im udaje, a nawet jeżeli udaje się im niewiele. O ile ich działalność nie zakłóca mego życia, to niech sobie malują, tworzą pieśni, produkują krzesła, co komu się podoba! Taki jestem miły i demokratycznie pluralistyczny. Oczywiście, publikowanie tworów własnej działalności, zawsze wiąże się z możliwością oceny i – jak rozumiem – wszyscy twórcy mają tego świadomość i domyślnie zgadzają się na recenzje nie tylko pochlebne. Tak to widzę, ale nowych prac na ścianach nie dostrzegłem. Dopiero później, w sali kominkowej, która służy też za pracownię artystki, miałem szansę ucieszyć oko nowościami. Powiem krótko: tematyka marynistyczna została wyparta i na jej miejscu pojawił się papież.
Czyli tak: papież rozpostarł się w sali kominkowej, a my na plażę. No i plaża, no i morze, no i wiatr, który w Jastrzębiej Górze jest chyba zjawiskiem normalnym i do którego pewnie można się przyzwyczaić. I była jeszcze ta pani w sklepie (obrażona na mnie niemiłosiernie), był Bubas w fokarium, zachód słońca malowniczy i landszaftowo fotogeniczny i było przyglądanie się rodzicom, którzy ciągnęli po piachu wózki z dziećmi, zupełnie tak samo, jak ja przeszłego roku. A w tym sezonie – luz! Wiktor samobieżnie, po piachu, po chodniku, pod górę, ech!!! Aż miło było patrzeć. Oczywiście zdarzały się chwile, kiedy potomek wymagał wsparcia, ale generalnie dawał radę. No i tak było nad morzem. Dość leniwie, bez pośpiechu, bez deszczu prawie i – powiedzmy – ciepło, no… akceptowalnie nie zimno. Pewne jest to, że wysypaliśmy się i wypoczęliśmy z A. od pracy.

Czas płynie lecz pamiętaj, na prawdę nie dzieje się nic!!! Czyli Grzegorz Turnau, czyli jego najnowsza - już nie nowa - płyta. Podoba mi się bardziej niż poprzednia, a numer 6, tytułowa „Fabryka klamek”, podoba mi się bardzo. W dziedzinie „kultura i sztuka” dodam jeszcze, że po przeczytaniu „Rozmów z Jerzym Nowosielskim” postanowiłem przeczytać biografię artysty i jestem w trakcie. Chodził za mną ten Nowosielski od pół roku, a może i dłużej. No i przyszedł. I jest. Pisanie recenzji nie jest moją mocną stroną – co nią jest?! – dlatego nie będę próbował.

I co dalej? Jest czerwiec. Krótkie noce, długie - do wczoraj ciepłe – dnie i masakrująca myśl o czającej się tuż, tuż zimie… Masakra… Myśl potrafi spieprzyć - porządnemu i w sumie normalnemu człowiekowi - nie tylko dzień czy wieczór, ale całe życie! Jedna, ale za to uporczywa myśl… Może, ale nie musi! – myślę sobie i daje odpór. Daję odpór i kończę to dłubanie, bo dawanie odporu pochłonie mnie teraz bez reszty. Będę patrzył na poruszające się na wietrze zielone liście drzew, które jeszcze nie wiedzą, że spadną w błoto i zgniją, na dywan trawy, która uschnie i sczeźnie, na kwiat róży, której krwistoczerwone płatki - na spółę z moczem psów i kotów - użyźnią glebę na klombie, na faceta hałaśliwie remontującego chodnik kostką „polbruk”, który to chodnik trwał będzie po kres świata, na przekór zimie! Tylko w chodniku moja nadzieja! Tylko w porządnej infrastrukturze, która trwalsza jest niż zielona masa, przemijająca postać tego świata, na którym przecież nie dzieje się nic.

wtorek, 31 maja 2011

Liczenie nieboszczyków


Czasami, kiedy nie mogę zasnąć, liczę nieboszczyków. Przeważnie tych, którzy mieszkali w bloku, w którym mieszkałem z rodzicami, ale przecież nie da się uciec przed innymi. Zwłaszcza przed jednym z nich. Przed Czarodziejem. Ilu człowiek w życiu poznaje czarodziejów? Z iloma magikami ma szansę obcować? Ja miałem kilka takich okazji, ale Czarodziej, o którym myślę teraz, przebijał wszystkich.
Leżę w łóżku. Sufit nierówny nade mną i kilkunastu nieboszczyków przy mnie. Najprostsza wyliczanka. Czarodziej, ojciec A., oczywiście ciocia Teresa, Hrabia, Paweł (chyba był synem Hrabiego),  facet z parteru, który zabrał nam piłkę, miła starsza pani spod szóstki, pijak, który utopił się w rzece, właściciel pasieki, uczulony na jad pszczół (zmarł użądlony przez nie właśnie), starsze małżeństwo z mieszkania obok, matka Mirka, hm… Teraz mieszkanie, w którym aż tętniło od śmierci, ale ma być w skrócie więc: ona oskarżona o zabijanie własnych nowo narodzonych dzieci i jej rodzicie popełniający malownicze samobójstwa (ona zadzierzgnęła się na pasku przyczepionym do klamki u drzwi wejściowych, on - kilka miesięcy później - rzucił się pod pociąg). Na tym piętrze jeszcze tylko śmierć w szpitalu po amputacji nogi i ok, dalej po schodach na kolejne piętro. Pani po wylewie, Anka, kolega z pracy mojego ojca… Więcej nie pamiętam. Są jeszcze moi dziadkowie, z którymi nie miałem wiele wspólnego, kolega z bloku na przeciwko, młody kumpel z mojego pierwszego pływania po Jezioraku, mój najlepszy kolega z podstawówki, dwa psy, dwóch – oprócz Czarodzieja - kolegów z technikum, cała grupa rodziców moich kolegów i koleżanek i jeszcze wiele, wiele więcej, nie o wszystkich pamiętam…
No, tak to mniej-więcej wygląda. Każda z tych śmierci ma swoją historię. Zawsze mnie zastanawiało, co widzieli umierający w ostatnim momencie, jaki jest ten ostatni świadomy obraz? Sufit, ściana, czyjaś twarz, co w ogóle można widzieć w takiej chwili? Ten, który pijany utopił się w morzu, pewnie widział wodę, może trochę nieba? Ci mrący w szpitalach zawsze kojarzą mi się z obrazem sufitu. Wypadki komunikacyjne, to tłuczone szkło, asfalt ulicy. Zamarzanie na ławce po przedawkowaniu narkotyków… Białe plamy, nie wiadomo już śniegu czy może czegoś innego.
No i tak czasami mam, że nie mogąc zasnąć przyglądam się moim nieboszczykom i nucę Spiętego: „Mori, mori! Memento...Od wszystkiego się odwrócić może i spierdolamento”. Przypominam sobie, jak mówili, kiedy ostatni raz widziałem się z nimi, co nas łączyło? Dzieje się to mimowolnie, zaczyna od najprostszych spostrzeżeń i prowadzi raczej donikąd, ale nie jest to jedyne bezsensowne zajęcie, jakiemu się oddaję, więc nie widzę przeciwwskazań. Acha, istotna uwaga: liczenie nieboszczyków nie jest metodą ułatwiającą zasypianie.
Miłego dnia życzę.

Ps. Świadomość, że na końcu wyliczanki będę ja czasem poprawia, a czasem psuje mi nastrój wieczorową porą.

poniedziałek, 16 maja 2011

Księga Kociego Rodzaju

Kto kojarzy, ten jarzy, że miałem swego czasu okazję spotkać się z Boziobogiem. Spotkanie to doprowadziło do tego, że wpadła w moje ręce praca… Hm… Praca?.. Sam nie wiem, jak to nazwać. Dobra, powiedzmy po prostu, że wpadła w moje ręce złożona na czworo, duża kartka papieru, zatłuszczona i nieco nadżarta przez mysz, ale jednak dająca się odczytać. Pismo drobne i koślawe, treść obrazoburcza i - z góry uprzedzam osoby o słabszych nerwach – jadąca po „uczuciach religijnych”. Tak czy inaczej, ryzykując: zdrowie, reputację, karierę, szacunek i starcie z większościami religijnymi wielkich religii monoteistycznych, postanowiłem upublicznić treści, w posiadanie których wszedłem w okolicznościach dla mnie bolesnych i niewyjaśnionych, gdzieś tak nad ranem Wielkiej Nocy A.D. 2011.


Księga Kociego Rodzaju

Boziobóg przyjął postawę zasadniczą - co w jego wypadku oznaczało wygodne rozparcie się w fotelu - i jęknął w myślach - co w jego wypadku oznaczało jęknięcie w całości siebie, ponieważ jako taki cały był myślą - co w jego przypadku nie kłóciło się w ogóle z możliwością wygodnego rozpierania się w fotelu. (Uwaga: Boziobóg Opisywany jest dla opisującego go Bozioboga bardzo wygodną postacią, ponieważ wszelkie ewentualne absurdy i sprzeczności w opisie wynikają immanentnie z natury Bozioboga Opisywanego, nie zaś z nieuwagi czy braku konsekwencji Bozioboga Opisującego). Więc... Acha! Jęknął w myślach...
- Ja, no nie mogę, znowu nuda jest. Stworzyłem stworzenie doskonałe i teraz nic się nie dzieje, żadnych przypadków Mikołaja Doświadczyńskiego, żadnej kariery Nikodema Dyzmy, żadnego miłosnego szału... Klapa. Siedzę, gapię się w monitor monitorujący i nuda mnie zalewa.
Boziobóg był zdegustowany swoją wysoką sprawnością w zarządzaniu, projektowaniu i potem realizacji założonych celów. Udawało mu się wszystko tak jak chciał i kiedyś go to nawet cieszyło, przylepił wtedy sam do siebie nalepkę z literką „A” choć w rzeczywistości był o wiele lepszy i jeszcze sprawniejszy, cichszy, szybszy, mniej gniotący i dłużej świecący w mrok. No, ale tego nie trzeba było nikomu tłumaczyć, nie miało to najmniejszego sensu. On wiedział o sobie wszystko i była to wiedza doskonała, cóż z tego jednak skoro wiało nudą, jak z uchylonej przed wyborami lodówki. Tak mu się wszystko udawało, że aż za dobrze.
- Jestem zbyt konsekwentny w moim dziele stworzenia. Za dużo układałem puzzli we wczesnym dzieciństwie, za nadto jestem ambitny i doskonały, wręcz prymasowsko-prymusowski. Jakby to zmienić? Jak tu odejść od idealnego siebie i się zmienić, pozornie na niekorzyść, ale przecież na lepsze? – zastanawiał się Boziobóg. – Gdybym chociaż palił?.. Ech…
Boziobóg potarł brodę i zapadł w siebie jeszcze głębiej. Frustracja narastała. Groziło mu, że już za chwileczkę, już za momencik pochłonie sam siebie i nastąpi kolaps, ale nie. Się opanował, wziął w cugle-rygle i pozostał na szczycie swych możliwości. Przymknął tylko oczy, ponownie jęknął, ćwierknął i się nadął i... I w pomieszczeniu rozszedł się zapach ozonu... (Uwaga: Boziobóg Opisujący nie wie dlaczego, ale w takich momentach przeważnie w okolicy rozchodzi się dość dobrze zapach ozonu, gdyby ktoś znał przyczyny tego zjawiska, to niech zachowa tę wiedzę tylko dla siebie, ponieważ jest to wielka tajemnica z kolekcji The Grejtests Hits of Boziobóg Misterys (vol. 232111666), jest to – przy okazji – jedna z jego ulubionych tajemnic bezbolesnych, więc uprasza się o nieupublicznianie wiedzy na ten temat). Wraz zaś z zapachem ozonu po pomieszczeniu rozszedł się także dźwięk nieartykułowany:
- Miaał... Miaałłł.
- Ho, ho – pomyślał Boziobóg. – Zalęgło się. No to teraz to znajdziemy.
I się ozwał głosem swym po raz pierwszy w trakcie tej relacji:
- Ho no tu, ty małe stworzonko, ho no ty tu do mię!.. Cip, cip...
I nasłuchiwał i usłyszał chrumczenie po chmurze się niosące-rozchodzące i przybliżające się „miaał... miaałłł...”. Tak do niego szedł - czepiając się pazurami materii jak matki - mały kotek, właśnie dopiero co stworzony. Ślepy jeszcze i posklejany ohydną mazią, drżący niby lada co.
- Chodź kiciuś do Bozioboga, chodź.
I przyszedł kiciuś do Bozioboga.
- Ale mi wyszedłeś, kontent jestem, gdyż istotnie mi wyszedłeś i przyszedłeś do mnie, ponieważ ja jestem Boziobóg twój i nie będziesz miał Boziobogów cudzych przede mną! – uradował się Boziobóg. Uradował i zaskoczył. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów pojawiło się obok niego coś zaślinionego, oślizgłego i z lekka cuchnącego, i było to coś intrygującego, ale nie intrygującego przeciwko Boziobogu (Uwaga: postaci intrygujące vel spiskujące przeciwko Boziobogu miały dopiero nadejść, pojawić się w przyszłości, póki co luz i opanowanie). A kotek na to odpowiedział niezgrabnie, ale jednak z uczuciem:
- Miał... Miaaałłł!!
Odpowiedział z uczuciem, ale także z pewna niecierpliwością i domyślił się z tego Boziobóg, że żarła potrzeba dla małego stworzonka. Tylko co mu dać do jedzenia?.. Dam mu siebie, niech się mną nasyci!!! – ostro po bandzie poszedł w swej koncepcji Boziobóg, ale jako że nie istnieli jeszcze strażnicy cudzej moralności sprawa wcale nie wydawała się aż tak dwuznaczna, niebezpieczna czy wręcz obrazoburcza. A poza tym, czy to jednego właściciela koty zeżrą w przyszłości, przyszłości która dla Bozioboga opisywanego jest właściwie w pełni rozpoznaną przeszłością? A co to horrory takie nie powstaną? Nie ma co deliberować, trzeba nowy nurt mężnie i bez fałszywej skromności zapoczątkować.
- Soł, kamon – zagadnął do malucha i gdy ów podkulał ku niemu, to zapodał mu siebie, ale nie jako ochlap mięsny tylko pod postacią mleka pomieszczonego w miseczce, do którego – dla zaakcentowania szlachetności dania – wbił jajeczko. Dzięki temu strawa zyskiwała na znaczeniu w wymiarze symbolicznym, ale też dawała więcej siły glutkowi, a właściwie Glutkowi, bo w szalonej pracy twórczej, na marginesie i jakby od niechcenia podjął Boziobóg decyzję, że ów stworek takie nosił będzie miano. Wiadomo – imię rzecz dla żyjącego bardzo, ale to bardzo ważna! Potem się szkoły nim nazywa, stadiony, ulice, skwery, a jak nie ma imienia, to nie ma czym nazwać i jest luka, brak istotny jest, a braku, luki istotnej istnienie, to jest dla Stwórcy Wszechrzeczy policzek, strzał z liścia. Pustka z liścia daje Boziobogu... To wizja uwłaczająca i do czegoś takiego ON nigdy nie dopuszcza, znaczy stara się nie dopuszczać, dwoi się, w niektórych koncepcjach troi, a nawet dziesięcioży, setczy, panteini. Dla zapchania ewentualnych braków podjudza nawet porządnych naukowców, do generowania teorii o światach równoległych i generalnie daje czadu organizacyjnego, żeby tylko się działo!
Glutek zaś – lejąc na zagadnienia istotne - pochłaniał mleczko z jajeczkiem, a sprawą skorupek, to już absolutnie nikt się nie zajmował. Takie to były czasy, przedczasy właściwie.
„Tak stworzył Boziobóg Glutka, widząc zaś że ów jest git oddzielił go od”... Hm... Od czego go oddzieliłem? – po raz pierwszy od swego niewytłumaczalnego początku na dłużej zastanowił się przy spisywaniu pamiętników Boziobóg. Od ciemności? Eee... Bez przesady, z jasnością to nie ma on wiele wspólnego. Od morza? Od niechcenia? Od Antyglutka?.. Hm... Stwarzanie z niczego ujęte później w rygor myślenia zero-jedynkowego czyli dualizmu prostackiego troszkę mi uwłacza. Ale co robić, co robić, jak dotrzeć do odbiorcy, jeżeli nie dzięki użyciu języka, jakim się ów odbiorca posługuje? Nie ma wyjścia. Ech... „Oddzielił go od reszty wszechświata i przygotowywał do meczu Glutek – Reszta Wszechświata”.
W ostatecznej redakcji tekstu zapisek o meczu wyleciał, ale i tak nie miało to większego znaczenia, ponieważ całość tekstu zaginęła i nikt, nigdy, nigdzie się o nim nie dowiedział – ot jeszcze jeden z wielu, absurdów kontrolowanych przez wszechmocnego Bozioboga.
Pisanina pisaniną, a Glutek w międzyczasie wprzągł się w proces zwany życiem i jego organizm podjął się wypełniania wszystkich niezbędnych zadań. W związku z powyższym Glutek zapełnił brzuszek, po czym go opróżnił. Glutek obok glutka. Tak, dzieła tworzone przez byty niższego gatunku, to była, jest i będzie zawsze tandeta w porównaniu z wytworami przemysłu bozioboziego. Na całe szczęście dla Bozioboga sprzątanie, to nie był żaden problem (jak wiadomo nic nie było, nie jest i nie będzie dla niego problemem!), strzelił z palca i już niewidzialny serwis sprzątający zadziałał i znowu wszystko lśniło tak, że wyglądało jakby się komu przyśniło. Czysto, gładko i równo, a pośród tego ładu kotek.
Siedział więc ów kotek na chmurze i nic się nie działo. Znowu nuda. Ale jak ma nie być nuda, jak on ślepy i nieruchawy!! – zauważył Boziobóg i już szast-prast uczynił znak i przejrzał na oczy Glutek i już kontakt wzrokowy z nim został nawiązany, a wiadomo, że taki kontakt, to jest bardzo ważna sprawa! Kontakt wzrokowy pozwala się patrzeć, gapić, zerkać, podglądać, dostrzegać, na siebie uważać i mieć na siebie baczenie. I nie tylko to, i nie tylko to, ale od tego się wszystko zaczyna, wiadomo znamy się tylko z widzenia, a potem do tego dołączają inne elementy, aż na koniec nie możemy już znieść swojego widoku i zamykamy oczy, odwracamy głowę, drzemy zdjęcia itp., itd. Zostawmy to jednak na boku, nie zajmujmy się tym.
Patrzyli na siebie nawzajem, a po kolejnym geście uczynionym przez Bozioboga Opisywanego kotek poczuł, że zniknęły dręczące go jeszcze przed chwilą kłopoty z poruszaniem się. Więc poruszył się. Podszedł do fotela, na którym siedział ten, który go stworzył. I otarł się o niego. Normalnie dreszcz przeszedł Bozioboga... Takiego numeru jeszcze nie widział! Nie widział i nigdy nie poczuł czegoś takiego. Wzruszył się na maksa. Teraz wiedział już na pewno, że jego decyzja o wykonaniu prototypu Glutka była słuszna. Wziął go na ręce i zaczął głaskać, a ten jak nie zacznie burczeć, mruczeć, skrzypieć i szumieć. Rozkosz i niewinność w czystej postaci, nic tylko wekować i na eksport i zarabiać na tym glutkodolary. Nikt nie myślał o żadnych glutkodolarach! To był czas czystej niewinności, czystej do tego stopnia, że nie nadającej się do niczego, na granicy niemożliwego już kiczu unosiło się to głaskanie i mruczenie. W tym nawet nie chodziło o grzanie kolan i działanie przeciwreumatyczne. No ale jak długo można głaskać, mruczeć, rozkoszować się sobą wzajemnie?
- Dam ci coś do zabawy – powiedział Boziobóg i zawahał się, co by tu dać? Ukochał Glutka na maksa i chciał dla niego czegoś ekstra, może jakiś świat? Świat do zabawy. Hm... Brzmi nieźle i nie ma jeszcze gazet, które rozpisywałyby się o ekstrawaganckich, niemal zboczonych zachciankach bogaczy, gotowych podarować najbardziej porąbane prezenty swoim dzieciom – bo Glutek był jego dzieckiem!!!  Więc – świat? Zastanawiał się Boziobóg i nawet już pojawiły się wstępne szkice, zarysy kontynentów i całego badziewia jakim taki świat powinien być naszpikowany, żeby stanowić atrakcje dla kotka, ale jednak coś Bozioboga powstrzymało... (Uwaga: Coś... Żadne tam coś, on sam siebie powstrzymał wcale się nie powstrzymując, ale teraz tego nie wyjaśnimy. W tej uwadze chodzi Boziobogu Opisującemu tylko o to, żeby w żadnym razie nie wynikało z powyższego, iż Bozioboga Opisywanego może coś powstrzymać! Nie może! Taka teza jest głupia, bałamutna i matolska! A czy Boziobóg „sam siebie powstrzymał”? – ktoś zapyta. Może nie tyle „powstrzymał” ile „zatrzymał” i na tym na ten moment i my się - w naśladownictwie ułomnym - zatrzymajmy).
Kłębek... Tak, lepszy będzie kłębek – skromnie zadecydował Boziobóg i rzucił swemu pupilowi kulę z włóczki. Na nią zaś rzucił się Glutek z drapieżnością wielką. Atakował z dziecięcą determinacją i niezdarnością. Przekoziołkowywał, czaił się, skakał i uciekał, a Boziobóg śmiał się serdecznie. Całe wszystko rozbrzmiewało tym śmiechem, radością, weselem. Wielka szkoda, że nie zachowało się żadne nagranie... Muszę go dobrze wychować – pomyślał Boziobóg. - Nie ten jest rodzicem, co urodzi, ale ten co dobrze wychowa, a teraz czas na odpoczynek.
- Chodź maleńki, zgrzałeś się trochę, nabiegałeś, a teraz trzeba spać. Chodź, spać będziesz w mej lewej dłoni, a jutro nauczę cię mowy, bo miauczenie twoje choć słodkie, to jednak nie zastąpi możliwości wymiany myśli i uwag na interesujące tematy.
I nastała noc. I nastała cisza. I nastał spokój.
Amen.