czwartek, 24 lutego 2011

O wstydliwej chorobie

Malowniczo leży się na podłodze… No nie ma co. Widok, jaki się rozpościera z tej perspektywy jest raczej mało atrakcyjny, ale leży się malowniczo, poza tym - bądźmy szczerzy - komu nigdy nie zdarzyło się paść na twarz i tak już zostać? Na podłodze, w przedpokoju, w kuchni, obok butów, z twarzą na dywanie albo na chłodnych kafelkach. Chyba każdy uczciwy człowiek, choć raz w życiu zapoznał się z fakturą podłogi i wie, że ziarnko piasku potrafi uwierać dotkliwiej niż ziarnko grochu. To kwestia wrażliwości, a każdy może czasem objawić światu wrażliwość ponadprzeciętną, najtwardszy drań może rozpłakać się nad losem ginących kultur Indian „pierwotnych”. Ok. Nie o to chodzi, żeby teraz udowadniać sobie kwestie oczywiste. Cały ten wstęp ma na celu uzmysłowienie czytającym jednej prostej prawdy: każdy może upaść. Upaść, wyrżnąć, pierdolnąć, wyciągnąć się jak długi. Upadek może zdarzyć się każdemu. Na prostej drodze, pod niebem błękitnym, słoneczkiem żółciutkim i wobec najpiękniejszych okoliczności przyrody, tym zaś boleśniej może się zdarzyć, że niczym nie zapowiedziany może dotknąć choćby i mistrza olimpijskiego w życiowej formie, w porze - zdawałoby się - niepowstrzymanych żniw, w apogeum możliwości i innych superachówiniesamowitości!
Upadek… Źle, źle, źle, no źle zacząłem, od jakiegoś upadku. Tu nie chodzi o żaden upadek w sensie potknięcia i nie chodzi też o upadek w sensie metaforycznym, chodzi mi po prostu o to, że każdemu może zdarzyć się coś, na co nie ma wpływu, czego nie planował i czego się nie spodziewał. Każdemu może zdarzyć się choroba, a co gorsza, każdemu może zdarzyć się choroba wstydliwa! Wstydliwa choroba głowy! Taka na przykład depresja. Jak raz 23 lutego obchodziliśmy Ogólnopolski Dzień Walki z Depresją. Prawda, jak to się pięknie składa?
Dlaczego zacząłem od wizji polegiwania na podłodze? Przecież nie bez powodu właśnie taki obrazek przyszedł mi do głowy i nie bez powodu skojarzył mi się z upadkiem. Sprawa wygląda naturalne: leży sobie ktoś na podłodze, bo się potknął i upadł. Prawda, że naturalne? Właśnie… Ale przecież to wcale nie było tak, że ten człowiek potknął się i dlatego upadł i dlatego leżał. Omawiany przeze mnie człowiek własnoręcznie położył się na podłodze, właściwie osunął na nią, bo nie miał siły i nie widział większego sensu w tym, żeby iść dalej. Jak wstawał z łóżka i startował z sypialni do dużego pokoju, to jeszcze wydawało mu się, że da radę, że pokona przestrzeń i siebie, że to właściwie jest działanie racjonalne i wykonalne. W dużym pokoju jest jasno, bo okna wychodzą na południe, w dużym pokoju jest telewizor, w który można się gapić, balkon, na który można wyjść i zapalić papierosa, ewentualnie wykorzystać go w inny, bardziej efektywny i definitywny sposób. Duży pokój to są same plusy i to jest cel, dla osiągnięcia którego warto wstać z łóżka.
No więc wstał. Wstał i szedł. I szło mu się dobrze, dwa, trzy kroki, ale przy czwartym coś się jednak zacięło. Tak po prostu. Nie sposób tego jasno i klarownie uzasadnić, ale omawiany przeze mnie człowiek utkwił w przedpokoju i po prostu położył się na podłodze. Natchnienie do chodzenia go opuściło, ciało wylądowało na kafelkach, nie udało mu się zdobyć szczytu. To może się zdarzyć nawet najlepszym.
A może lepiej, że nie doszedł? Leży i zaczyna kombinować, sam próbuje zrozumieć, co się takiego stało, że przejście 5 metrów, to jest zadanie dla niego niewykonalne? Leży, duma, czuje pod policzkiem chłód kafelków i słyszy, że na dworze chodzą ludzie, jeżdżą samochody, tramwaje, rowery, autobusy, słyszy, jak cały ten pierdolony świat się porusza, a on w tym czasie leży. Po chwili przypomina sobie, że ma w kieszeni kromkę chleba, której kawałek - z braku innych planów i możliwości - postanawia zjeść. Nie to, żeby był głodny. Głodu właściwie nie czuje. Po prostu wie, że powinien jeść. Obiecał, że będzie jeść. Gryzie chleb i żuje. Chleb nie ma smaku. Nic nie ma smaku. Czas płynie powoli.
Omawiany przeze mnie człowiek i tak ma szczęście i on o tym wie. Jest farciarzem, szczęściarzem, wybrańcem losu, ulubieńcem – kurwa – bogów, bo – pomimo trwającego pół dnia zmącenia – jest w stanie myśleć. Ma te cztery do pięciu godzin dziennie, kiedy jest w stanie prawie normalnie rozmawiać. Owszem, nie bucha ekspresją, mówi ciszej niż normalnie, ale mówi. Wtedy też chodzi o wiele sprawniej i jest w stanie wyjść z domu, a nawet pójść do sklepu i zrobić zakupy! Ha! Demon, geniusz, prawie nadczłowiek! Sam robi zakupy, chodzi między półkami, odczytuje listę ze sprawunkami, wkłada produkty do koszyka, płaci przy kasie – jak dorosły, normalny człowiek płaci prawdziwymi pieniędzmi! – i odbiera resztę. Co prawda, nie bardzo jest w stanie policzyć, czy go nie oszukali – odejmowanie jest skomplikowaną operacją – ale chodzi tylko do sklepu spożywczego. Po jedzenie. Po jedzenie, które nie ma smaku.
Ale to dopiero wieczorem. Teraz leży. Już dwa razy udało mu się ugryźć chleb i połknąć. Trzeba przyznać, że najadł się do granic możliwości. Więcej nie da rady. Chowa chleb do kieszeni.
Dobra, zostawmy omawianego człowieka, niech sobie leży. Jest wiosna, właściwie początek lata, nic mu nie będzie. Wegetacja w pełni, więc i on się podniesie. Podniesie się też z tej przyczyny, że karnie łyka leki. Inhibitory wychwytu zwrotnego serotoniny – prawda, że to pięknie brzmi? Poezja języka fachowego medycyny i farmakologii, tym uwodzi bełkotliwy dr Hałs. Ale jakby dobrze to nie brzmiało, ważniejsze jest to, że działa. I tu apel. Ja nigdy jakoś tak specjalnie nie agitowałem za zdrowiem psychicznym, czy inną odmianą tegoż, ale w przypadku depresji uważam, że warto to zrobić. Zatem apel: Ludzie, jak czujecie, że coś z Wami nie teges w tym temacie, to idźcie do lekarza! Nie ma się czego wstydzić. Jak Wam się rano za bardzo nie chce wstać z łóżka, to idźcie! Jak na widok reklamy w telewizorze (tematyka dowolna) zaczynacie gwałtownie - lub też spokojnie, ale jednak - szlochać ze smutku, to idźcie! Jeżeli macie problemy z zasypianiem, to idźcie też! Niech Was zobaczy lekarz od czubków i niech orzeknie: warto podać prochy, czy nie? Inhibitory wychwytu zwrotnego serotoniny, to może być fajniejsze niż wszystkie witaminy tego świata.
Kończąc życzę smacznego i miłego dnia. Kolejnego Dnia Walki z Depresją. Z desperacją, depersonalizacją i innymi tego typu okolicznościami.
Acha! Gość z podłogi rzeczywiście się podniósł, dolazł do dużego pokoju i jakoś dał sobie ze wszystkim radę. Dał sobie radę do tego stopnia, że został prezydentem USA i jeszcze kilku innych miejscowości.

czwartek, 10 lutego 2011

Gnijąca Nóżka & Company - czyli coś nie tylko o zasiłkersach

 Hm... Czuć, ewidentnie czuć, że nie pachnie ładnie. E tam! Po prostu czuć, że śmierdzi, smród jakiego nie da się opisać. Tak śmierdzi tylko gnijące ciało. Są różne gatunki smrodu, ale ten emitowany przez ciało poddane procesowi gnilnemu, jako - w pewnym sensie – „dedykowany” nam, budzi chyba największe emocje. Nie wąchałem ciał spalonych, ale myślę, że wszystkie zapachy, które wydzielane są na styku ciało-rozpad (domyślnie: ciało-śmierć), są dla nas tymi najbardziej uciążliwymi. (Swoją drogą, jakie jeszcze procesy obróbki białkowych organizmów żywych wiążą się z wydzielaniem przez nie tak intensywnych zapachów? Nic mi nie przychodzi do głowy… Można zgnić i można spłonąć i co, koniec? Dziwne. Dziwnie mało wariantów.).
Ok. Chodzi o to, że strasznie śmierdzi. Ci, którzy wchodzą z korytarza do pokoju mają wybałuszone oczy, za mało ćwiczą wstrzymywanie oddechu, żeby teraz wyglądać normalnie po 20 sekundach bez wentylacji płuc. To co teraz uprawiają, to forma nurkowania w powietrzu, bo powietrze stało się dla płuc równie groźne, jak morska woda, a może nawet groźniejsze, bo przecież stojąc na plaży wszyscy wiedzą, gdzie przebiega granica. W przypadku smrodu łatwo zachłysnąć się i w ten sposób zainfekować zupełnie niespodziewanie, bez żadnych szans na uniknięcie zagrożenia. Wielu ludzi jeszcze przez kilka godzin po wciągnięciu do środka „złego powietrza”, krzywi się na samo wspomnienie i twierdzi, że wciąż czuje ten, no…  zapach…  Nos jest najdalej wysuniętym przyczółkiem mózgu, węch najbardziej pierwotnym zmysłem - stąd intensywność doznań i fakt, że na długo pozostają one w pamięci.
Źródłem zapachu jest Gnijąca Nóżka, który przysiadł na plastikowym krzesełku na korytarzu i wystarczyło dosłownie kilkanaście sekund, żeby wszyscy pracujący na piętrze doskonale wiedzieli, kto nas dzisiaj odwiedził. Pomimo chłodu otworzyliśmy okno w pokoju, ale to był tylko doraźny sposób walki z problemem, leczenie objawowe. Trzeba było, tak po prostu i jednoznacznie, źródło smrodu wywalić. Wersja, w której wszyscy zgromadzeni w budynku uciekają, nie wchodziła w rachubę.
Tymczasem Gnijąca Nóżka siedzi sobie na krzesełku, grzeje się w cieple, śmierdzi zawadiacko i przysypia. But się nie domyka, bo w bucie buzuje. Trzeba w tym miejscu uczciwie przyznać, że Gnijąca Nóżka nie pozostaje zupełnie bierny w walce z brzydkim zapachem i stopę zawija w woreczki foliowe, czy inne „reklamówki”, które mają izolować, ale jakoś tak nie izolują… Poza tym, mam wrażenie, że w ciepłych, szklarnianych warunkach proces gnilny postępuje sprawniej i w konsekwencji uciążliwy zapach raczej narasta. Hm… Tak czy inaczej jeden Człowiek śmierdzi, a innym ten smród przeszkadza.
I dlaczego ja o tym mówię? Ano dlatego, że nachodzi mnie czasem taki nastrój, żeby zastanowić się nad tym, skąd się tacy ludzie biorą, tacy śmierdzący, tacy biedni, tacy bezradni? Jak to się dzieje, że przychodzi taki mały, dajmy na to, Włodzio na świat i jest normalnym dzieckiem, normalnym młodziakiem i normalnym starszakiem, a potem zostaje bezdomnym, takim brzydko pachnącym i przeganianym marginesem? A bezdomni, to już jest margines na marginesie marginesu… Masakra. Chlają wynalazki, od wypicia których normalne organizmy wywaliłyby kitę po pierwszym łyku, jedzą skromnie i raczej mało wartościowy pokarm, źle znoszą zimno, ale raczej nie mają gdzie się ogrzać, więc często wytrzymują niskie temperatury na dworze, pod chmurką. Wytrzymają albo i nie wytrzymują, a jak nie wytrzymają, to radio donosi, prasa opisuje i w telewizji o nich powiedzą. I tylko nikt nie wie, co z problemem robić dalej.
Co robić z biedą? Znam dwie odpowiedzi, oczywiście dwie zasadnicze odpowiedzi, bo potem tworzonych jest wiele wariantów. Pierwsza: każdy jest odpowiedzialny za własne życie i sam powinien sobie radzić – nie pomagamy, czyli biedę ignorujemy. Druga: życie każdego członka społeczności, to też nasza sprawa i nasza odpowiedzialność – pomagamy, czyli biedy nie ignorujemy. Oczywiście, jak mówiłem, wariantów obu odpowiedzi jest wiele i tworzą one szerokie spektrum, dając równie szerokie pole do popisu teoretykom i fachowcom piszącym książki i artykuły w pismach równie jak oni fachowych. W tym wszystkim pojawia się pytanie o wrażliwość, o prostą reakcję na nieszczęście drugiego człowieka i sposób natychmiastowego zaradzenia złu, którego współdoświadczamy, ale – jako, że nic nie jest proste, a przynajmniej tak proste, byśmy nie dali rady tego skomplikować - za moment dochodzą kolejne kwestie, w tym zasadnicza, dotycząca odpowiedzialności, za sytuację, w jakiej znalazł się dany delikwent. Znaczy: czy nim upadł tak nisko, to aby nie chlał, nie bił, nie bawił się dobrze, nie bimbał, nie śmiał się w nos? Bo jeśli tak, to dlaczego teraz mielibyśmy mu pomagać? Niech zbiera, co posiał, niech ma za swoje, niech cierpi sukinsyn za grzechy! No… Wrażliwość nie oznacza przecież głupoty!
Miałem kiedyś kolegę, który twierdził, że nie powinno się pomagać menelom, że on pracując, płacąc podatki nie ma zamiaru finansować „wiecznych wakacji” niebieskim ptakom. Patrzę sobie na Gnijącą Nóżkę i ni cholery nie przypomina on ptaka. Żadnego. A jego wakacje też wydają mi się raczej marne i nie wróci z nich opalony, przecież siedzi u nas na korytarzu, tu świecą jarzeniówki… Wciągam zatem w siebie smród sączący się zza drzwi i zastawiam się co zrobić, gdy po dokładnym śledztwie okaże się, że nasz menel, to był porządny człowiek? Miał rodzinę i o nią dbał, kochał, chodził do pracy, zachowywał się normalnie, był normalny, więc upił się czasem, a jakże, ale żadna tam patologia, tylko normalnie - przy urodzinach kolegi, a jak raz nie wrócił na noc, to potem przepraszał z kwiatami i szczerze!.. I tak sobie żył latami, by któregoś dnia pośliznąć się na chodniku i walnąć głową o kafle i doznać szoku i stracić zdrowie. Więc traci zdrowie, traci pracę, traci rodzinę, traci, traci, traci…  Kostki domina przewracają się i jego „Domino Day” trwające kilka lat okazuje się być absolutnym „sukcesem”. Ostatecznie sam nie potrafi się podnieść, stało się coś, na co nie miał wpływu. Chwila nieprzytomności, brak dopływu krwi do ważnej części w mózgu i uschło kilka milionów komórek… Gdyby uschło tyle drzew, to – dla regionu, w którym to się zdarzyło – zostałby ogłoszony jakiś stan wyjątkowy, przyjechałoby Naszjonaldżografik i powstałby poruszający film dokumentalny, premier ogłosiłby rządowy plan pomocy, coś by zrobiono. Nie chcę teraz powiedzieć, że dla Gnijącej Nóżki nic się nie robi, chodzi mi tylko o to, że ginące pomniki przyrody (nawet jeśli cuchną), budzą więcej sympatii od gnijących ludzi.
Dobra. Wiadomo, że prochu nie wymyślę, bieda była, jest i będzie, a problemem jest zapewnienie sobie w miarę dobrego samopoczucia w świecie, w którym tyle zła, smrodu i cierpienia. Każdy musi zadbać o siebie. Każdy samodzielnie i we własnym zakresie musi pomieścić w sobie brzydkie zapachy, choroby, brak odpowiedzialności, triadę reklamowaną szyldem: syf – kiła - mogiła. 
Gnijąca Nóżka siedzący na plastikowym krzesełku raczej nie czytał żadnego mądrego pisma branżowego i nie wie, że jest podmiotem rozważań, że jest analizowany i rozpatrywany jako „przypadek”. Gnijąca Nóżka chce się ogrzać, chce coś zjeść i za chwilę pójdzie sobie dalej. Pójdzie nawet szybciej niż myśli, bo już za moment przyjedzie po niego Straż Miejska i mili panowie strażnicy wyprowadzą go na dwór. Myśmy po nich zadzwonili.

piątek, 4 lutego 2011

Kredo na dźwiach od stodoły

            Tak!
            W oczach bliźnich dostrzegam źdźbło – ba, żeby tylko źdźbło! – ja w oczach bliźnich dostrzegam ziarenko, z którego dopiero to źdźbło wykiełkuje, dostrzegam podatną glebę, na którą ziarenko to może upaść, obumrzeć i wydać z siebie plon w postaci źdźbła! Czyli, że dostrzegam tendencję, wręcz insynuuję  tendencję do małych, złych, plugawych myśli, mów, uczynków, zaniedbań i narowów - niczym szalony irydolog! – tylko po spojrzeniu w oczy, a nawet na podstawie samego oczu posiadania. Masz oczy?! – pytam i natychmiast sam sobie odpowiadam, że skoro je masz, to z pewnością zakorzeni się w nich – niekoniecznie w obojgu, wystarczy w jednym! – ziarenko, a plonem jego będzie źdźbło przeze mnie niechybnie dostrzeżone.
            Nie!
            Nie interesują mnie żniwa obfite w rozumieniu rolniczym, w gospodarskim tego słowa znaczeniu. Nie zależy mi na kołyszących się łagodnie na wietrze łanach, na swojskim obrazie falujących, złotych, wymarzonych i bezkresnych pól ukraińskich czy innych tam stepów akermańskich, obsianych pszenicą. Nie! Nie chodzi mi o ogrom, a może nawet wręcz przeciwnie: im mniejsze ździebełko, im mikroskopijniejszy paproszek, pyłek dostrzegę tym lepiej dla mnie, tym większe jest moje zwycięstwo i moja radość pełniejsza. Cóż to bowiem za sztuka dostrzegać to, czego wokoło w bród; dostrzegać to, co pcha się nam na uwagę, nawet jeśli tego nie mieliśmy na uwadze?! Lezie w nas czołgiem, pociągiem, szwadronem. Jestże to sztuka mizerna, pomimo obcowania z ogromem, a raczej właśnie w związku z tym, jest to sztuka marna i badziewiasta, tandetna, podszyta gigantomanią płytka woda dla płytkich głąbów-głów. Ja zaś pożądam sztuki, która stanowi jej zaprzeczenie; pożądam sztuki zaprzeczającej mizerii i sam jestem jej przedstawicielem handlowym na Polskę północną. Będąc oczu pozbawionym - z powodu, jak się z pewnością domyślacie, belek nieustannie w nich lądujących - tym większą odczuwam satysfakcję z faktu, że widzę aż tak wyraźnie! Zupełnie niczym bohater romantycznej trylogii Matrix! Niby ślepy, a jednak w sposób widomy wciąż sprawny i gotowy do walki. I nie dość, że gotowy, to jeszcze, dzięki ślepocie, wychodzący z boju obronną ręką i nogą obronną także (przypis nr 1), nade wszystko zaś górujący nad swymi przeciwnikami w kategoriach duchowych (przypis 2).
            Jestem tu tylko o krok od poczynienia wyznania wiary, od podpisania się pod jakąś herezją płonącą jasnym płomieniem na stosach średniowiecza, w myśl której, aby doznać spełnienia i prawdziwie zjednoczyć się z Bogiem trzeba najpierw zanurzyć się w – lokalnie dostępnym na danym terenie i w danym czasie oczywiście - bagnach możliwie najsmrodliwszych. Jestem więc o krok od wyznania, ale oczywiście kroku tego nie uczynię! Uchylę się od tego kroku, a także wręcz-wnóż zdyskredytuję możliwość uczynienia tegoż, powodowany bowiem okrutną szczerością zdam pytanie: cóż to za odmęty i przepaście, cóż to za kuszenia i grozy czekają na mnie po drodze, żebym - dzięki w nich się nurzaniu – dostąpić mógł: a) poniżenia; b) połączenia z Bogiem - na miarę tych opisywanych przez mistrzów średniowiecznych?! Jakie to mi piekła przychodzi dzisiaj zwiedzać, żeby ekskursję całą mieć nadzieję skończyć w niebiesiech?! Moje szalone ogrodnictwo uprawiane okulistycznie na ludności okolicznej, moje farmerstwo detaliczne, moja sztuka - choć wysoka i przeze mnie samego jeszcze z lotu ptaka widziana - przecież nie otworzy, nie uchyli przede mną czyśćca wrót piekielnych. Te moje eksponaty może w kategoriach ikebany mogłyby zdobyć jakieś tam wyróżnienie, na jakimś tam festiwalu rzeczy dziwnych i okultystycznie śmiesznych, ale już gdy idzie o kwestie zasadnicze, eschatologiczne i – pomimo ofensywy kultury śmierci – wieczne-statecznie-ostateczne, no to przecież śmiech może ogarnąć, a i on zaledwie pusty niby ta przydrożna, kopnięta przez pijane dziecko purchawka.
            Gdybym dzisiaj, tak jak stoję, miał się z belkostwa-ślepoty mojej spowiadać przed jakimś ascetycznym i srogim kapłanem, to bym przecież słowa nie powiedział, to bym zamiast jednego zdania na temat wolał powiedzieć dwieście na usprawiedliwienie, jak uczniak bym klęczał i plótł, plótł, plótł. A eremita pewnie domyślałby się, że pod zalewem tych słów ukryte jest jakieś olbrzymie i wartościowe źródło zasilające ów strumień, domyślałby się jakiejś zbereźności dofinansowywanej przez masonów czy innych herosów herezji z zachodu (albo i ze wschodu, bo to przecież nie robi już różnicy) i by mnie cisnął: „Powiedz synu, co cię gryzie i w co cię gryzie i czy rzeczywiście sprawia to aż taką zakazaną rozkosz, jak powiadają?”. I on, kapłan-asceta spodziewać się będzie Bóg wie czego, a ja nie będę spodziewał się niczego dobrego, a ja klops!.. Mizeria przewinienia mego – choć w kategoriach sztuki ogrom! – może w dłuższej perspektywie czasowej przywieść mnie do jakichś upadków głębszych i bardziej generalnych, ale póki co, póty nic z tego, dupa blada! Zawiedzione nadzieje...
            Dostrzegam źdźbło w oczach bliźnich, sam oczu już nie posiadając, bo mi je belkami wyłupiło. I jedno do czego może bym mógł się przed eremitą przyznać, to to, że belek tych  wiele już było i o ile ilość nie przechodzi w jakość tak hop-siup!, to jednak niemniej, po przeprowadzeniu badań na terenie Polski północnej okazało się, że jest duże zapotrzebowanie na domki ekologiczne stawiane – jak raz! – z bali dokładnie takich, jakich u mnie moc jest na składach. Czyli, że z małej mej niemoralnostki i słabostki zamierzam uczynić profesję, w oparciu o którą wzbogacę się i popadnę w kapitalizm pławiący się i baraszkujący w zbytkach, trunkach i trumienkach. Trumienkach, w których - z ironicznym uśmiechem - składał będę pod ziemię kolejne obietnice poprawy. Do tego mógłbym się przyznać, ale to zaledwie plany i marzenia, a nie wolno przecież szastać marzeniami i o nich opowiadać, bo wtedy na pewno się nie spełnią... A więc sza!..
            Sza!..


przypis 1 - nominacje do nagrody „Obronnego Ciała” w trzech kategoriach: „Najlepsza Ręka”, „Najlepsza Noga” i „Najlepszy mózg na ścianie”;
przypis 2 - nominacje do nagrody „Obronnego Ducha” w trzech kategoriach: „Najlepszy Ojciec”, „Najlepszy Syn” i „Najlepszy Duch Drugoplanowy”.

czwartek, 27 stycznia 2011

O cioci

            Nie wiem od czego zacząć i normalnie taki początek źle wróży, ale tym razem, to tylko chwyt, sposób na pierwsze zdanie, oswojenie się z niemożnością stawiania liter, która zawsze przecież – w mniejszym bądź większym stopniu – towarzyszy zjawisku stawiania liter.  Zacznę od tego, że jest mi smutno, z powodu śmierci, która trzy lata temu -  teraz już niemal cztery - zgarnęła w samym środku wiosny moją ciocię Teresę z tego świata i zabrała ją na tamten - nie istniejący przecież! – świat bez wiosny. Czasem aż chciałoby się w takich momentach uwierzyć w tamten świat, w wieczną wiosnę, w to, że nie ma się czego bać, że znikanie „tu” oznacza automatyczne – ok, niech będzie sąd, waga, czy inne formalności, wszyscyśmy wszak piękni i dobrzy - pojawianie się „tam” i że wszystko będzie dobrze.
            Często tak jest, że póki ktoś/coś jest, to może być ten/to traktowane, jako naturalne i tak normalne, że aż zwykłe, prawie przezroczyste. Dopiero niespodziewane i nagłe zniknięcie doprowadza to tego, że przezroczystość nabiera wagi, kształtu, wypełniają się kontury, niedostrzegany do tej pory obrys na chwilę staje się niemożliwy do niezauważenia… Paradoks. Każdy przedmiot, dotknięty wczoraj ręką - nieobecnego już dzisiaj - nosi na sobie ślad tego dotyku, jego ciepło, zamiar, życie. Wtedy się orientujemy, wtedy jest źle, ale co począć ze zniknięciem człowieka, który już w codzienności i zwykłości nie dał się nie zauważyć? Głupie pytanie. Wobec śmierci stanowczo jesteśmy durni, nierozumni, bez ładu i składu. Ok. Są może mistrzowie Zen, święci, mnisi buddyjscy czy inni szamani oswojeni i przygotowani, ale w znacznej masie ludność wiosek i miast naszej planety nie nadąża.
            Ciocia mieszkała z rodziną w Polsce południowo-wschodniej, a tam żyje się nieco inaczej niż np. w województwie pomorskim. Oczywiście jadają tam podobnie, sypiają analogicznie, dokonują zakupów w sklepach i marketach, ale mimo wszystko dzieje się to nieco inaczej. Wolniej, spokojniej, mniej nerwowo… A może takie moje postrzeganie bierze się z tego, że widzę tamten świat w dużej mierze przez pryzmat tego, jaka była ciocia Teresa? Dla niej nie było rzeczy niemożliwych i skazanych na niepowodzenie już na starcie, ale też nie zabierała się za metafizykę, wydumane kwestie, zagadnienia, których rozwiązanie mogłoby zagwarantować zaprowadzenie pokoju na świecie. Stanowiła połączenie realizmu, konkretu, trzeźwej oceny sytuacji z ogromną siłą woli, co powodowało, że często udawało jej się robić niesamowicie rzeczy, które same w sobie nie są jakoś specjalnie cudowne. Przejawiało się to w codzienności, w tym jak dbała o rodzinną chałupę stojącą „na wiosce”, jak przez lata opiekowała się sparaliżowaną teściową, jak organizowała życie całej rodziny. Przy tym wszystkim była osobą ciepłą i otwartą, a jej znajomość z sąsiadką zza płotu przeszła do legendy. Panie lubiły się bardzo, spędzały wiele godzin na rozmowach, jedna drugiej piekła ciasta i podawała nad drucianą siatką, ale Panie nigdy się nie odwiedziły ;-). A trwało to kilkanaście lat.
            Tak, wszystko trwało kilkanaście, kilkadziesiąt lat… Miliony oddechów - codziennego zaciągania się światem, sam nie wiem ile okrążeń kropli krwi w zamkniętym systemie żył, tętnic i innych naczyń połączonych, niepoliczalna liczba myśli. Wszystko to zamknięte, zakończone, wpuszczone do dołka i zamknięte, przyciśnięte kamienną płytą. Na płycie wiadomo: daty. Początek i koniec.

            Kiedy myślę o cioci, to śmierć, umieranie, choroby wydają mi się czymś szczególnie niesprawiedliwym. To chyba ludzka reakcja… Beznadziejnie ludzka nadzieja na sprawiedliwość, w miejscu, w którym nie może być sprawiedliwości.
           
           Ciocia Teresa chorowała na białaczkę. Zaczęła chorować chyba na dwa lata przed śmiercią, może trzy - znaczący rok różnicy w życiu, którego już nie ma. Wszystkim się zdawało, że zwalczenie choroby, to będzie dla niej po prostu formalność, jeszcze jedna sprawa, którą załatwi i dalej będzie żyć, jak gdyby nigdy nic. Co to dla niej za problem? Tak sobie myśleliśmy… I rzeczywiście. Na początku wszystko szło dobrze, leczenie przynosiło efekt, naświetlania, chemia i badania. Jest lepiej. Co prawda trzeba było siedzieć w szpitalu, ale wyniki były coraz lepsze i nawet włosy, które wypadły, na nikim nie robiły specjalnie przygnębiającego wrażenia. Ciocia po prostu założyła na głowę chustkę i też wyglądała dobrze. Wioskowe często chodzą w chustkach. 
           Była zima, była wiosna, lato i jesień. W starciu z opornym organizmem, w tym sporze o statusie wojny domowej, szala zwycięstwa powoli przechylała się na stronę tego, co nadal chce przyglądać się światu. Wizyty w szpitalach były coraz rzadsze, samopoczucie coraz lepsze, apetyt na normalne jedzenie coraz większy. Było z każdym dniem lepiej i nawet jeżeli choroba pokazywała się jeszcze, to były to drobne przejawy, głupie wyskoki, kogoś kto wie, że nie ma szans i tylko dla fanfaronady pajacuje strojąc głupie miny. Tak…
Przekonanie o zwycięstwie było powszechne i tak - w dobrych nastrojach - dotrwaliśmy do maja roku 2007. I wtedy wystarczyły dwa tygodnie. Może dwa tygodnie i dwa dni, kilka godzin, kilka sekund więcej… Jechałem przez prawie całą Polskę, żeby pójść na pogrzeb, żeby jeszcze raz zobaczyć te miejsca, w których rok wcześniej widzieliśmy się w zupełnie innych okolicznościach, widzieliśmy się wszyscy i ciocia Teresa widziała wszystkich, na równych prawach ze wszystkimi. Teraz zostaliśmy tylko my, patrzący na tą samą werandę, te same krzaki bzu, kwiaty i oszałamiającą wiosnę.
Banały o gasnącym uśmiechu, o bladości skóry, blaknącym spojrzeniu, ciszy, która zapada tak, że aż dzwoni, woła, krzyczy, o niedokończonej rozmowie, o niezapłaconym rachunku, o powiedzianym jednym słowie za dużo. A mi po prostu brakuje samego faktu istnienia, to pewnie też banalne, ale czasem świadomość, że TEN KTOŚ istnieje – choćby miało się z nim już nigdy nie spotkać – jest ważna. Istnienie jest ważne. Istotne jest, żeby ten ktoś mógł otworzyć rano oczy, poczuć ból w plecach, zaparzyć sobie herbatę, popatrzeć na deszcz za oknem, żeby mógł przekląć i pójść do pracy. Żeby był.
Chciałbym jeszcze kiedyś spotkać ciocię Teresę.

wtorek, 11 stycznia 2011

Stary i Pasywny - kronika towarzyska

Jest taki dzień w historii świata, kiedy na świat przychodzi P. Z tym „przychodzeniem”, to metafora, bo wiadomo, że on nie przyszedł, ale raczej nadciągnął, nadleciał, wychynął, wyprysł był i objawił się. I krzyknął. I być może ktoś na ten krzyk odpowiedział „chłopiec”, a może wcale tak nie powiedział, bo to przecież nigdy do końca nie wiadomo, czy rodzimy się już z góry zdefiniowani. Poza tym, co to właściwie znaczy: posiadać określoną płeć?.. Znam ludzi, którzy sikają na stojąco, a mimo to zdaje im się, że są kobietami, znam supersamców w kieckach i z pomalowanymi paznokciami. Kombinacja genetycznych predyspozycji i pracy wychowawczej daje szerokie pole do popisu, ale nie o tym miało być. A o czym miało być? Miało być o tajemniczej imprezie-niespodziance, którą – przywołanemu już P. – urządziły jego życiowa partnerka M. i jego życiowa siostra E.
Plan imprezy zakładał kilka niespodzianek, z których główną miało być to, że impreza w ogóle się odbywa. P. miał zostać podstępnie zwabiony w określone miejsce i o określonym czasie pod pretekstem rodzinnego oglądania jakiegoś mało atrakcyjnego filmu. Prócz tego zaplanowano:
1. osobistego barmana świadczącego usługi Solenizantowi na podstawie gustownie przygotowanej karty drinków (najładniejsza nazwa drinku: „Stary i Pasywny”),
2. konfetti dostosowane do egzystencjalnie trudnej sytuacji, w jakiej znalazł się Solenizant,
3. prezent dla Solenizanta (prezent nie dotarł, ale była papierowa symulacja prezentu),
4. Czarownicę i Chochoła wieszczących Solenizantowi,
5. konkurs wiedzy na temat Solenizanta (uwaga: zjawisko popularne ostatnio do tego stopnia, że rozważam pomysł zwołania spotkania towarzyskiego, tylko po to, żeby obecnych zainteresować kilkunastoma pytaniami dotyczącymi mojej skromnej osoby…),
6. „spontaniczny toast” na cześć Solenizanta (autorskie wykonanie toastu – przynajmniej sporą część! – mam zarejestrowane na moim telefonie komórkowym, jednak z góry uprzedzam, że nie zamierzam go udostępniać, ponieważ nie posiadam praw do wartości intelektualnych w dziele tym zawartych),
7. miłą atmosferę i…
I to chyba wszystko. I muszę przyznać, że właściwie całość udało się przeprowadzić zgodnie z założonym planem. Solenizant – niczego się nie spodziewając i z wrodzoną sobie ufnością (nie zwracając uwagi na stosy odzienia i obuwia piętrzące się w przedpokoju) – dał się wprowadzić do pokoju tzw. dużego i dopiero skąpany deszczem konfetti oprzytomniał i zrozumiał. Dopiero stojąc przed plutonem otwierającym ogień życzeń zajarzył, że padł ofiarą spisku, knowań, intrygi zręcznie poprowadzonej przed dwie – jak do tej pory sądził – bliskie mu osoby, tzn. M. i E. Dwie kobiety zbudowały szczelny system imprezy totalitarnej, ale przecież wszyscy dali się w to wciągnąć… Nikt nie uratował nieszczęsnego P. zmierzającego w czeluść imprezy. My Polacy zastanawiamy się, jak możliwe było zbudowanie i utrzymanie „komuny”, a przecież wciąż popełniamy te same błędy… Tak łatwo nas skusić, zastraszyć, zniewolić i omamić ideą. Niepoprawni romantycy. Ech…
No, impreza była udana i mam tylko nadzieję, że nadszarpnięte zaufanie uda się odbudować w tym roku, w ostatnim całym roku, jaki przyjdzie nam spędzić na planecie Ziemia. Teraz po kolei.
Ad 1. W rolę barmana wcielił się M. Szczupły konferansjer, bez najmniejszych choćby umiejętności przyrządzania drinków, ale legitymujący się za to fachowych strojem, na który składał się – w głównej mierze – srebrny pas ciążowy. Gustownie, efektownie, po prostu ładnie. Karta drinków, w nazewnictwie poszczególnych mieszanek, nawiązywała do historii związanych z Solenizantem, a przygotowana została bardzo profesjonalnie i na ładnym papierze wydrukowana. Brawo!
Ad. 2. Czas płynie i nie ma żartów. Widać to było w elementach wystroju lokalu, w którym bawiliśmy, jak również we fantazyjnym konfetti, które obficie zapaskudziło podłogę pokoju dużego. Drobiazg czepiał się potem skarpet, pozostawał we włosach i nie ma pewności czy w kilku przypadkach nie został spożyty wraz z chipsami, orzeszkami i innym pokarmem okolicznościowym na imprezę przygotowanym.
Ad. 3. Prezentem miała być chłodziareczka maleńka, o której Solenizant marzył podobno od wczesnego dzieciństwa, w której to chłodziareczce mógłby gromadzić przeróżne alkohole kolorowe, z których to alkoholi kolorowych mógłby przygotowywać sobie – kiedy tylko przyjdzie mu na to ochota! – kolorowe napoje zwane drinkami w celu ich wypicia. Z pełną kulturą, siedząc w domu przed monitorem komputera, bądź też już leżąc w łóżku, przed snem, na „do widzenia”. Niestety, chłodziareczka nie dotarła (ach, te sklepy internetowe!), więc zamiast niej, organizatorzy zaproponowali symulację prezentu w postaci pudełeczka, do którego przyszło, zbierającym się gościom, składać płyny prezentowe. Bardzo ładny pomysł i tak naprawdę, to nie wiadomo, czy rzeczona lodóweczka była tylko sposobem na wyłudzenie składki od gości, czy też rzeczywiście kiedyś dotrze do Solenizanta? W ten sposób budują się fortuny w naszym kraju!
Ad. 4. Czarownica i Chochoł. Do odegrania tych postaci poproszeni zostali A. oraz A. Rozszyfrowując malownicze pseudonimy literkowe wyjaśniam, że pierwsze A. to moja szanowna małżonka, a w rolę drugiego A. wcielił się człowiek słusznego wzrostu, słusznego (wielkiego) formatu oraz słusznych poglądów. (Po imprezie Chochoł oddał mi pożyczoną ode mnie dwa miesiące temu płytę Świetlików, za co chciałbym mu niniejszym serdecznie podziękować). Moja małżonka wystrojona w czarną suknię i czarny kapelusz w roli Czarownicy wypadła doskonale, zaprezentowała okolicznościowy tekst, w którym przedstawiała kulisy całego zajścia wróżebnego, w tym czasie Chochoł miał podzwaniać dzwoneczkiem i - promieniując energią chocholą - rechotać. Udało mu się dobrze. Nie było w roli Chochoła bezpośrednich nawiązań do najsłynniejszego chyba w Polsze Chochoła, to znaczy tego z „Wesela” Pana Wyspiańskiego, ale kreacja wypadła malowniczo i przekonująco. Cała akcja prowadziła do przebicia przez Solenizanta balonika z wróżbą, wróżby tej odczytania i wybuchu śmiechu, bo wszystko było bardzo zabawne.
Ad. 5. Konkurs wiedzy o Solenizancie – brawurowo prowadzony przez R. - doprowadził mnie do wniosku, że jego życie, to pasmo przygód godne ekranizacji, a jeżeli nie ekranizacji, to z pewnością wielu anegdot opowiadanych sobie w mieszkaniach, domach, przy ogniskach i ogólnie w sytuacjach biesiadnych. Może warto byłoby to spisać i wydać w postaci broszurki wzorowanej na śpiewnikach dla początkujących gitarzystów?
Ad. 6. Pomysł postulowanego w punkcie powyższym śpiewnika, w pewnym zakresie zrealizowany został w formie „spontanicznego toastu” (cztery strony A4) odczytanego przez autora tegoż dzieła, Pana Ł. Utwór godzien zaprezentowania szerszej publiczności - ku przestrodze i uwadze, oraz ku pamięci – pisany językiem archaicznym i w klimacie hagiograficznym mógł się podobać, podobał się zatem i wzbudził szczere wzruszenie u słuchaczy.
Ad. 7. Atmosfera była miła, tu nie ma czego dodawać.
Ogólnie trzeba uznać, że M. i E. solidnie przygotowały imprezę, a wymiana maili, jaka miała miejsce w czasie knowań - dzięki udziałowi wszystkich mejlujących - była zjawiskiem miłym, kulturalnym i dającym wytchnienie w trudach dnia codziennego. Wypada zatem podziękować i życzyć sobie, by i inni odeszli od najprostszych „środków wyrazu” – czyli wódy i jedzenia – na rzecz skeczu, piosenki, dramy, konkursu itp. przy urządzaniu spotkań towarzyskich. Dodam może jeszcze, że takie działania stają się możliwe, podczas imprez organizowanych w warunkach domowych i dzięki temu nawiązują do PRL-owskiej tradycji łażenia po domach, co mnie osobiście wydaje się sympatyczne.
Na koniec chciałbym – z bolącym sercem, ale jednak - przypomnieć, że dzień, w którym my bawiliśmy się, śmialiśmy i dawaliśmy upust naszej radości życia, był też dniem, w którym umarł wielki artysta, aktor Pan Krzysztof Kolberger. Przegrał walkę z chorobą… Amen.
Ps. Zapomniałem o torcie! A przecież był tort! Tort na urodzinach jest niemal tak ważny, jak sam Solenizant, a w przypadku kilku solenizantów – jeżeli tort został zamówiony w dobrej firmie! – to zdecydowanie ważniejszy od Solenizanta. W tym przypadku - w hierarchii ważności - Solenizanta postawiłbym wyżej od tortu, ale tylko nieco wyżej… Tort… Niezbyt słodki, ale przecież tort, z kremami tak akurat i w sam raz, ze smakiem na 100 % wybornym i ze świeczkami – tradycyjny napis w języku angielskim wskazywał na nasze europejskie zakorzenienie – które płonąc ogrzewały, rozświetlały, pozwalały spokojnie myśleć o tym, że zawsze znajdzie się ktoś, kto zapali nam świeczkę. Na torcie, na grobie… Nieważne. Gość od ognia powiedział kiedyś - cytuję z głowy i z pamięci i mogę się pomylić, ale chyba tak to szło: „Πάντα ῥεῖ καὶὐδὲν μένει”. No..

wtorek, 4 stycznia 2011

Imieniny Melanii - kronika towarzyska


Doznaliśmy zaszczytu zaproszenia na imprezę Sylwestrową. Termin – wiadomo. Zabawa – wiadomo, że szampańska. Stroje – wiadomo, że wieczorowe. Jako posiadacze dziecka w wieku przedszkolnym długo wahaliśmy się czy w ogóle się wybierać? No bo to i późno, i za mostem (czy to jeszcze kraina cywilizowana?), i zapraszający, jakiś taki nieszczególny… Czyli nie było nam lekto podjąć decyzję, ale jednak ją podjęliśmy. Zdecydowaliśmy, że jedziemy, a jakby co, to po prostu wrócimy.
Wspomniane powyżej stroje wieczorowe były na zadany temat: „Chicago”… Czyli co konkretnie? Nie wiadomo. Wiadomo było, że pierwsze skojarzenia będą biegły w kierunku muzikalu, potem może coś ze sportem (M. Jordan i reszta latających byków), żeby wreszcie zahaczyć o tematykę mafijno-policyjną. Tak też się stało, z kilkoma małymi wyjątkami, o których za moment. Na 3 godziny przed terminem A. skompletowała strój muzikalowy, a ja po prostu ubrałem się w garnitur, co właściwie stanowiło rozwiązanie uniwersalne, Wiktor zaś założył białą koszulę, do swoich kapci z odkrytymi palcami, co nadawało im – kapciom – a przez to i jemu – Wiktorowi - wyraźnie chicagowskiego charakteru. Byliśmy gotowi.
Po pokonaniu mostu (bez korków i spokojnie), dojechaliśmy na małą, uroczą uliczkę, tuż obok remizy straży pożarnej. Potem to wiadomo: parkowanie, wysiadanie, dzwonienie do domofonu, schody i już drzwi wejściowe do lokalu, w którym odbywa się zabawa. Otwierają nam policjanci - będzie bezpiecznie. Są też co prawda gangsterzy, ale jacyś tacy spokojni. Muszę przyznać, że gospodarz udekorował metraż w sposób staranny. Oczywiście, zawsze można postarać się bardziej, ale praca włożona w strojenie lokalu widoczna była gołym okiem. W jednym pokoju sto i pięć balonów -  napompowanych czymś lżejszym od powietrza - tkwiło pod sufitem, w drugim… no w drugim właściwie nic ciekawego, ale już w trzecim laser rysujący różne formy geometryczne na dywanie, do tego maszyna puszczająca bańki i druga maszyna robiąca dym. Ta od dymu się popsuła, ale była i mogła się podobać.
Wiadomo, jak jest na takich imprezach. Towarzystwo mieszane, ludzie częściowo się nie znają (ale co to znaczy „się znać”? człowiek tak mało wie o sobie, a co dopiero mówić o innych…). Ok, tworzą się grupki, grupki się przemieszczają, popijają pierwsze płyny uzupełniając elektrolity i inne mikroelementy, w grupkach toczą się rozmowy. Wszystkiemu przygrywa jakaś muzyczka. Muzyczka bez wyrazu i taka sylwestrowa właśnie, nie mamy o to do Gospodarza pretensji. Gospodarz się krząta. My zaś zabawiamy się jak umiemy. Skaczemy sobie po laserowy wzorkach. Coś tam pleciemy. Generalnie staramy się rozluźnić. Z tłumu zgromadzonych gości wyławiamy dwa wyjątkowe przebrania i doceniamy kunszt.
Oto dwa subiektywnie przez nas wybrane stroje, które się wyróżniły.
Pierwszy: P. – słynny w pewnych kręgach i okręgach wyborczych przystojniak i mistyk codzienności, z wdziękiem przedzierający się przez szarzyznę białej zimy i inne zjawiska atmosferyczne, osobny byt na scenie zaludnianej przez dzieci-kwiaty, dzieci-śmieci, dzieci-dzieci i całą resztę gwiazd wieczoru. Ubiór P. nawiązuje w swojej prostocie do polskich mieszkańców ziem uesańskich, którzy to - często nawet po 50 latach pobytu na obczyźnie - nie używają języka zwanego „współczesną łaciną”. Ich łacina nadal pozostaje rdzennie nadwiślańska, przez co zrozumiała dla wąskiego w świecie grona specjalistów. Nota bene: z tą powszechnością łaciny-łaciny to ściema, bo jak sobie pomyślę o tych wszystkich mieszkańcach wsi średniowiecznej, to nic tylko łacina i łacina przychodzi mi na myśl, jak oni nie zaczynali dnia od Wergilego, to pewnie był to dzień stracony… Tak, no ale przejdźmy do meritum, czyli do stroju, który składał się, mniej więcej z: obuwia sportowego, bluzy sportowej założonej na koszulę, spodni garniturowych i dodatków. I może to właśnie te dodatki są najważniejsze. Znaczek z L. Wałęsą, krawat i wymodelowany zarost w postaci przeeleganckich baków i wąsów… Całość bardzo wygodna, całość przemyślana, zwłaszcza wąs hodowlany, planowy i dorodny, jednym słowem: półbóg, półczłowiek, półnadnaturalnych wymiarów demon i porywający tłumy demiurg. Ok. Trochę się zagalopowałem w zachwycie, ale to trwa już jakiś czas.. „To” to znaczy moja słabość do P. Dokładnie zaczęło się to chyba w 2006, może 2005 roku, kiedy zobaczyłem, że nosimy taki sam sweter… U kobiet ta sama kreacja wywołuje, a przynajmniej może wywołać, konsternację, mnie zaś wydało się czymś niesamowitym i cudownym, to że oto ubieramy się u tego samego dostawcy taniej odzieży… Ech… Łza się kręci w oku i żeby tylko wokół…. Ech…
Ok. Otrząsnąłem się, bo jest przecież jeszcze drugi strój. Przy czym „drugi” nie znaczy „drugi”.
Drugi: Strój R. był wyzwaniem, intelektualną szaradą, konceptem, zamysłem, przejawem procesu myślowego, czymś „nie wprost”, czymś aluzyjnym, odsyłającym do świata absurdu i polityki. Bo oto R. postanowił w stroju swym odtworzyć ideę nawania ulicy w Chicago imieniem śp. Prezydenta RP, Pana Lecha Kaczyńskiego, Jedynego Człowieka, (Wielki Przecinek – Przecin Znaczy) Który Bohatersko Poniósł Śmierć W Katastrofie Smoleńskiej. Zadanie było trudne, ale powiem, że się udało. Mnie się podobało. Opisać tego nie potrafię, zdjęć nie posiadam, ale proszę mi uwierzyć, jeżeli nie zaraz rozbuchane i skrajne „zobaczyć go i umrzeć”, to przynajmniej „zobaczyć go i ciężko zachorować na grypę”. Kłopot jest z tą sztuką konceptualną, oj kłopot, ale – powtarzam jeszcze raz – strój był solidny.
Dobra, my tu zajęliśmy się strojami, a impreza trwa. Impreza ma plan, impreza nie lezie sobie jakoś tak dziko, przez krzaki, tylko ma scenariusz i kilka punktów programu, które muszą się odbyć. Jest więc zaproszenie na projekcję filmu okolicznościowego, w którym część gości – proszona ponad rok wcześniej – snuje swoje chore i zdrowe rojenia na temat roku 2010 r. Nim jednak dojdzie do projekcji, Gospodarz – obchodzący jakoś tak w okolicach Bożego Narodzenia urodziny – zostaje zaskoczony chóralnym odśpiewaniem dowcipnie zmienionego tekstu do melodii z serialu „Czterdziestolatek”. Widać wzruszenie. Ok. Dalej jest film. Trochę kiepsko zmontowany, bo muzyka zagłusza wypowiedzi, ale ogólnie fajnie jest. Potem następuje jeszcze kłiz wiedzy o Gospodarzu, który to kłiz dostarcza wielu wzruszeń zarówno biorącym udział, jak i publiczności, nie wspominając już o solenizancie, któren sam sobie jest sterem, żeglarzem i akwenem, żeby nie powiedzieć akweduktem, wszak prowadzi się w wyraźnie wyznaczonym przez siebie kierunku i dotrze tam z całą pewnością.
No. Tak to mniej więcej wyglądało, przynajmniej do momentu kiedyśmy tam byli. Oczywiście przez cały czas obecny na sali Wiktor brał czynny udział w tańcach, deptaniu promieni lasera, pękaniu baniek i ganianiu z balonem po pomieszczeniach mieszkania. Nie wiem dlaczego jedno z pomieszczeń urosło w wypowiedziach Wiktora do miana „salonu”, ale ja przecież nie wszystko muszę wiedzieć. Ok. 23.30 zarządziliśmy odwrót, zwinęliśmy dziecko, zwinęliśmy żagle, rozbawione towarzystwo zostało za nami. Droga przez most, droga przez miasto, tu i ówdzie wybuchały już fajerwerki, parkowaliśmy pod wiatą – 00.00 – tu i ówdzie fajerwerki nie wybuchały. Szampan wyjęty z samochodu strzelił, złożyliśmy sobie życzenia i powitaliśmy Nowy Rok na dworze.
Niniejszym chciałbym serdecznie podziękować Gospodarzowi za zaproszenie i publicznie wyrazić uznanie dla jego odwagi i postawy prospołecznej, dzięki której tworzona jest przestrzeń do wymiany uwag towarzysko-kulturalnych i innych takich kwestii, zagadnień, koncepcji… No…

środa, 29 grudnia 2010

O, Boże Narodzenie

Było Boże Narodzenie, znaczy święto w rocznicę zjawiska, które - jak powszechnie wiadomo - nie miało miejsca, nie tylko w sugerowanym terminie, ale tak po prostu, w ogóle. Było, minęło, ale pewnie jeszcze się kilka razy zdarzy. Determinacja w narodzie jest wielka, by święta się odbywały, no to będą się odbywały.
My z rodziną też obchodziliśmy i obeszliśmy się z nimi chyba dobrze. Obchody miały styl klasyczny, znaczy: kolacja Wigilijna miała miejsce, prezenty pod tradycyjnie pogańskim drzewkiem zaległy, opłatek został połamany i pożarty, życzenia - nawet te najprostsze - złożone. Ok.
W celu celebrowania pojechaliśmy w strony rodzinne. Podróż samochodem w ten zimowy czas, to jest zjawisko z zakresu opowieści przygodowych, ale jak raz obyło się bez dramatów. Największy kłopot sprawiały wycieraczki... Ech... Mimo wszystko nie doszło do kolejnej tragedii na drodze. Kierownictwo nad pojazdem objęła A., która powozić - w przeciwieństwie do mnie - potrafi pewnie i spokojnie. No to pojechaliśmy i było ok. Pod koniec jazdy Wiktor zaczął się nudzić i trzeba było uciec się do zabaw interaktywnych, a dających się realizować w sytuacji, kiedy całe towarzystwo jest przepisowo przypięte pasami i nie ma możliwości tańczyć, podskakiwać, po prostu ganiać się po polu. Pozostał zatem dźwięk, konkretnie zgadywanka spod znaku teleturnieju "jaka do melodia". Oznacza to ni mniej, ni więcej tylko sytuację, w której ja generuję dźwięki i proszę uczestnika o podanie - choć w przybliżeniu - tytułu nawiązującego do melodii - w moim wykonaniu - choć nieco nawiązującej do czegoś, co ktoś, gdzieś, kiedyś wykonał profesjonalnie, udatnie, ładnie. Zaczynamy zawsze od klasyki, czyli piosenek z bajek. Noddy jest prosty, Pszczółka Maja też, mój ulubiony Sam Sam - jako dzieło klasyczne w każdej warstwie - również nie nastręcza większych kłopotów. No, ale potem przychodzi czas na inne kawałki i jak na przykład zagwizdać piosenkę o zwierzątkach, w wykonaniu grupy wszechczasów, czyli Beatlesów? Coś tam rzęziłem, imitowałem perkusję i kawałek wstępu na gitarze i... i Wiktor zgadł! Szacun i rispekt. Podobne kłopoty mam z "Bajo fol de san", ale jakoś, po kilku próbach obaj dajemy sobie z tym radę. Oczywiście, na czas zabawy wyłączamy radio i przez jakiś czas nie słyszymy o niebezpieczeństwach na drodze. Jedziemy sobie pewnie i spokojnie.
Takoż dojechaliśmy. I nawet udało się nam bez kłopotu znaleźć miejsce do zaparkowania. Co więcej?..
Ten świąteczny czas mnie osobiście kojarzy się z możliwością odespania, poruszania się nieco wolniej, odsapnięcia od reżimu narzucanego przez zegarki wszelkiej maści. Przecież nawet termin wyznaczany przez Pierwszą Gwiazdkę jest umowny i pozwala się miłościwie naginać, przesuwać, uwzględniać konieczność pojawienia się przy stole wszystkich, którzy mają się pojawić. Wiec niby jest luz, ale trzeba zauważyć, że w tym roku to Wiktor nieco popędzał...
Prezenty czekały pod drzewkiem, a dziecko miało zapowiedziane, że otwieranie podarków odbędzie się dopiero po zjedzeniu kolacji Wigilijnej. Więc:
- Zaczynajmy kolację Wigilijną!
- Zaczynajmy kolację Wigilijną!
- Zaczynajmy kolację Wigilijną!
- Po trzykroć synu mój zaklinam cię, czekać nam trzeba, celebrować nam trzeba, nie ulegać komercjalizacji nam trzeba i nie oddawać w tym momencie pokłonu Złotemu Cielakowi, jeno zanurzyć się w kontemplacji, współuczestniczyć w cudzie narodzenia, tego, który obmyje nas po całości z grzechu, grozy, zmory i tym podobnych zjawisk niesympatycznych, cuchnących, ciemnych, mgliście zagmatwanych, cieknących nieszczelnościami, no po prostu kloacznych, bezecnych, tfu!
No... i cud się wydarzył, bo oto - kiedy już zaczęliśmy jeść - byliśmy wszyscy świadkami najszybszego w powojennej historii Polski pochłonięcia bożonarodzeniowego paluszka rybnego, a potem to już tylko podarki, podarki, podarki. Oczywiście moja relacja nie jest w 100% tożsama z rzeczywistością, ale z tego to chyba każdy rozsądny czytacz zdaje sobie sprawę. (Ty też. Przy czym "Ty" piszę tylko dlatego wielką literą, bo to początek tego powiedzmy „zdania”).
A oto skrócona i niepełna lista prezentów: dostaliśmy z A. łącznie 4 książki (z czego 4 interesujące), dostaliśmy garść kosmetyków, torebkę do noszenia na ramieniu, płytę zespołu Coma (właściwie dwupłytowy album), szale, czapkę i jeszcze kilka innych rzeczy. Wiktor zaś obsypany został taborem kolejowym (w dwóch wersjach), zajezdnią dla lokomotyw, zestawem „mały lekarz” (jestem po pierwszych badaniach i zastrzykach…), samochodem zdalnie sterowanym (udało mi się go nie popsuć podczas naprawiania usterki fabrycznej, wiecie, wszystko jest teraz robione w Chinach… nie to, żebym miał coś do Chin, spoko kraj, duży i ma perspektywy, ogólnie ok, ale samochód był wadliwy…), klockami, książkami i sam już nie pamiętam czym. Tak było. Teraz zaś wszystkie te zabawki przyjechały do naszej kwatery głównej.
Oczywiście w święta odbyły się też peregrynacje „po rodzinie”. Oczywiście wszędzie byliśmy namawiani do spożywania darów bożych. Oczywiście, nie wszystkiego udało się dzięki Bogu spróbować. I takie były święta. Tu uwaga ogólna: święta nawet dla niedowiarków mogą być pretekstem do przeżycia czegoś miłego.
Psss. Pytanie mam: czy wieszanie lampek na choince postrzegane powinno być jako forma działalności artystycznej?